Szczepan Sadurski: „Od nikogo jeszcze w mordę nie dostałem“

Spotkaliśmy się w Instytucie Polskim w Bratysławie, gdzie otwarto wystawę zatytułowaną „Podobny język, ten sam śmiech“, na której można podziwiać prace trojga artystów: Katarzyny Zalepy, Miloša Rendáka i Szczepana Sadurskiego. Z tym ostatnim udało nam się porozmawiać nie tylko o wystawie, ale w ogóle o potrzebie humoru w naszym życiu. Zanim do tej rozmowy doszło przyglądałam się pracy Sandurskiego, do którego ustawiła się długa kolejka, bowiem artysta zaproponował, że każdemu chętnemu narysuje jego karykaturę, przy czym wykonanie każdej zajmowało mu zaledwie minutę!

 WYWIAD MIESIĄCA 

 

Po co człowiekowi humor?

Humor jest jak tlen, jest potrzebny do życia. Kto się nie śmieje, nie ma pozytywnego nastawienia do tego, co go otacza – ma bardzo smutne życie. Tyle!

 

Jak się rodzi ten Twój?

Ja uważam siebie za satyryka nie humorystę.

 

Ale jedno od drugiego nie ma daleko?

Nie, to są totalnie dwa inne bieguny. Satyryk jest po to, żeby ludzie myśleli, zastanawiali się nad czymś, żeby komuś pokazać, co robi źle. Satyryk prowadzi działania, choć zdaje sobie sprawę, że nie wszystkim się one podobają, bo one nie są po to, żeby każdego głaskać po głowie. Humoryści są po to, by rozśmieszać ludzie. Ja jestem satyrykiem, więc połowa publiczności mnie lubi, połowa nie. Humorystów lubią wszyscy.

 

Masz jakiś ulubione obiekty, które bierzesz pod lupę?

Nie, ja jestem zawodowcem, rysuję wszystkich. Ale rzeczywiście, są osoby, które wzbudzają u mnie negatywne emocje. Rysując kogoś, potrzebuję czuć, że coś między nami iskrzy. Przyglądając się politykom w telewizji, widzę, że są wśród nich tacy, których nie chcę rysować.

 

Ale właśnie politycy chyba najczęściej są przez Ciebie wspominani? Choćby dziś, na otwarciu wystawy, wspominałeś jednego z nich. Humor także wiąże się z tym, co robią politycy?

Tu mówimy o parodii. Satyrycy często nie muszą niczego wymyślać tylko komentują coś, co inni zrobili. W tym wypadku polityk coś zrobił, a ja to skomentowałem.

 

Zazwyczaj są to politycy rządzący?

Ludzie, którzy są aktualnie na świeczniku, wszyscy o nich mówią i piszą, naturalne jest więc to, że satyrycy także się nimi zajmują. Kiedyś robiłem dużo rysunków z Wałęsą. Teraz on już nie jest na topie , ale ma moje ogromne poważanie. Swoje rysunki tworzyłem do biuletynów Solidarności, obecnie są w Europejskim Centrum „Solidarności“ w Gdańsku. To identyfikuje mnie w jakiś sposób. Kręgosłup wynosi się z domu.

Wspominasz, gdzie były publikowane Twoje prace. Wiem, że także na łamach „Świata Młodych“. Ile miałeś lat, gdy zaistniałeś w tym piśmie dla młodzieży?

Zwyciężyłem w konkursie „Zapraszamy na łamy“. Nagrodą była publikacja. Zadebiutowałem – to już prehistoria – komiksem w „Świecie Młodych“. Moje prace były publikowane na ostatniej stronie, czyli dokładnie w tym miejscu, gdzie były komiksy o Kajku i Kokoszu, Tytusie, czyli wszystkie dziś już kultowe komiksy. A później, już jako dorosły człowiek, dokładnie w dniu swoich 18 urodzin, zadebiutowałem w „Szpilkach“ i od tego zaczął się ciąg dalszy mojej warszawskiej kariery.

 

Który z etapów tej kariery jest Ci najdroższy?

Aktualnie piszę książkę wspomnieniową, powstaje też na mój temat film dokumentalny, więc siłą rzeczy wracam do pewnych materiałów archiwalnych. Prowadzę co jakiś czas warsztaty karykatury dla firm, czyli dla poważnych ludzi, którym często opowiadam anegdoty ze swego życia, nawiązując do tego, o czym w danym momencie mówię. Jest wiele rzeczy, które sobie przypominam.

Nie wiem, kiedy film będzie dostępny, ale jest w nim cała masa ciekawostek, począwszy od afery z Jaruzelskim i publikacji w „Szpilkach“, po aktualne sukcesy na polu rysowanej karykatury. I choć wiem, że niektórym zawistnikom się to nie podoba, to szczycę się tym, że w Nowym Jorku nazwano mnie najszybszym karykaturzystą świata. Ja nie mam żadnego glejtu od Księgi Rekordów Guinnessa, bo ja tego nie potrzebuję. Na bieżąco, na eventach, nie tylko w Polsce, pokazuję, że jestem szybki. Nie potrzebuję bić rekordów. Jest to moja codzienna praca.

 

Ile karykatur stworzyłeś podczas wernisażu w Bratysławie?

Około dwudziestu, ale jeszcze czekają chętni.

 

Wszystkim się podobają ich karykatury! Czy zdarza się, że ktoś wyrazi niezadowolenie?

Może to będzie mocne, co powiem, ale szczycę się tym, że od nikogo jeszcze w mordę nie dostałem.

 

Jak szybko można się nauczyć rysować karykatury, skoro – jak wspominałeś – prowadzisz kursy dla biznesmenów?

To jest temat wywoławczy. Jest to oczywiste, że nikt po godzinie moich warsztatów nie stanie się konkurencją dla mnie. Tu bardziej chodzi o śmiech, o miłe spędzenie czasu, dowiedzenie się czegoś o sztuce bardzo niszowej od specjalisty, który tym żyje od wielu lat.

 

Jak oceniasz wystawę w Bratysławie?

Po pierwsze dziękuję Milošovi Randákovi, bo to od jego pomysłu się zaczęło. Wiedział, że jest takie fajne miejsce na wystawę i szukał sprzymierzeńców w Polsce, by pokazać to, co powstaje w Polsce i na Słowacji. Wiem, że wyszedł z tego założenia, że prace muszą mu się podobać pod jednym jedynym względem – mają go rozśmieszyć. Jego i innych. Tu nie chodziło o wielką sztukę, ale o to, by bawić odbiorców. I według tego klucza zostaliśmy tutaj dobrani. Mamy wystawę trojga rysowników, których rysunki bawią.

 

Nie było obaw, że humor, tłumaczony na inny język, straci sens?

Jak widać można to robić bez obaw, ale to kwestia doboru. Szczególnie przy jakichś tematach politycznych nie byłoby odpowiedniego odbioru; tu musi być humor rozumiany pod każdą szerokością geograficzną. Ja miałem wystawy w Stanach Zjednoczonych, w Australii, w wielu różnych miejscach na świecie. Wiem, jakie ponadczasowe rysunki wybrać, by 100 procent ludzi się uśmiechnęło.

 

Według jakiego klucza należy dobierać takie rysunki?

Jeśli na świecie wszyscy wiedzą, co to jest krasnoludek, małpa lub król, a na rysunku nie będzie nawiązania do aktualnej sytuacji politycznej, na przykład w Polsce, to na pewno wszyscy na świecie zrozumieją, o co chodzi.

Małgorzata Wojcieszyńska

Zdjęcia: Małgorzata Wojcieszyńska

Wystawa potrwa do 13 marca.

MP 3/2026