Czarna Wołga, czarna karetka i inne miejskie legendy

Straszono nimi do tego stopnia, że budziły dreszcze, szczególnie dzieci uciekały na ich widok. Przygotujcie się, bowiem w tym odcinku „Retrohitów” wspomnienia podszyte grozą.

 RETROHITY 

 

Miejska legenda

Czym jest miejska legenda? To pozornie prawdopodobna informacja o charakterze sensacyjnym, rozpowszechniana w mediach, Internecie lub w kręgach towarzyskich, wzbudzająca silne emocje u odbiorców; jej autor jest anonimowy, a opisywane wydarzenie zdaje się bardzo prawdopodobne.

 

Czarna Wołga

Czarna Wołga, czyli samochód pojawiający się na drogach (nie koniecznie tylko miejskich) był w Polsce przez kilka dekad zwiastunem nieszczęścia. W związku z czarną wołgą mówiono o porwaniach ludzi, szczególnie dzieci. Legenda ta powstała w Polsce po wojnie, a dokładnie w latach 50. ubiegłego wieku.

Chociaż jej narodzin należy szukać jeszcze w czasach przedwojennych, w stalinowskim ZSRR. Dla większości obywateli ZSRR czarny samochód zaparkowany przed domem był zapowiedzią nieszczęścia, ponieważ takimi jeździła wierchuszka, mająca w swojej mocy kogoś uwięzić, w efekcie czego często znikali ludzie, wyprowadzani przez tajną policję.

Ten strach ze Związku Radzieckiego przeniósł się do Polski, po której także jeździły czarne samochody z Rosji. Nie przynosiły one szczęścia, wręcz przeciwnie. Strach potęgowały informacje o zniknięciu trojga dzieci w Kielcach w 1956 r. Świadkowie zeznawali, iż widzieli, jak dzieci są porywane i przymusowo wsadzane do czarnej Wołgi.

Dopiero rok później znaleziono ciała zaginionych, ale w międzyczasie czarna Wołga urosła do wielkości monstrum. Największa popularność tej legendy datuje się na lata 60. i 70. Zmieniały się modele Wołgi – z GAZ 21 na GAZ 24 – ale wciąż budziła ona strach.

 

Czarna karetka

Z kolei w Czechosłowacji w latach 80. bano się czarnej karetki, która rzekomo porywała ludzi. Legenda głosiła, że ​​nieoznakowana przejeżdżająca przez miasta czarna karetka wiezie załogę, której zadaniem jest porwanie dzieci i młodzieży, by potem ich organy sprzedać na Zachodzie. Chociaż nigdy nie znaleziono dowodów, strach wśród ludzi był ogromny.

Historie o czarnej karetce rozprzestrzeniały się głównie ustnie, ale policja i służby bezpieczeństwa zaczęły się nimi zajmować. To była tylko plotka i do dziś nikt nie wie, skąd się wzięła. Początki tej opowieści wiążą się z niemieckim filmem „Fleisch” z 1979 r., który mógł stać się inspiracją.

Pomimo popularności tej historii nie ma dowodów na jakiekolwiek rzeczywiste incydenty związane z czarną karetką. Niemniej jednak legenda przetrwała i stała się częścią folkloru, inspirując twórców książek, seriali telewizyjnych i audycji radiowych.

Ciekawostką jest fakt, że jako karetki w byłej Czechosłowacji w latach 80. jeździły wyłącznie pojazdy marki Škoda 1203 („Retrohity”, MP 12/2022) koloru beżowokremowego, natomiast Škody 1203 w kolorze czarnym jeździły wyłącznie jako karawany pogrzebowe. Pomimo tej wyraźnej różnicy i rozbieżności zawsze mowa była tylko o czarnej karetce.

 

Legendy żyją własnym życiem

Stonkę przynieśli imperialiści! – tak głosiły hasła kampanii propagandowej w PRL z lat 50. XX w. Władze komunistyczne oskarżyły USA o celowy zrzut stonki ziemniaczanej (tzw. żuka Colorado) w celu zniszczenia upraw, co miało wywołać głód i osłabić gospodarkę demoludów.

W maju i czerwcu 1950 r. polska prasa, w tym „Trybuna Ludu”, pisała o „amerykańskiej zbrodni” i zrzutach szkodników. Stonka ziemniaczana dotarła do Europy z USA znacznie wcześniej, bo już pod koniec XIX w., a w latach 40. XX w. rozprzestrzeniała się naturalnie. Do Polski trafiła najprawdopodobniej wraz z niemieckimi transportami żywności pod koniec II wojny światowej.

Czy ktoś jeszcze pamięta, jak na Słowacji przestrzegano przed imperialistycznymi „pułapkami“ ukrytymi w bananach? Twierdzono wówczas, że to właśnie imperialiści wkładali do kartonów z bananami trujące pająki. Uważać należało także na końcówki tych owoców, które należało odcinać, ponieważ miały być one nasączone trucizną. Z kolei w komunikacji miejskiej należało ostrożnie siadać na siedzenia, ponieważ można było się nadziać na strzykawki z igłami, które celowo podkładali tam narkomani, by zainfekować podróżnych chorobami zakaźnymi.

Miejskie legendy pojawiają się i znikają, czasami wracają w zmodyfikowanej formie, ale rzeczywistość zawsze je weryfikuje.

Andrej Ivanič

MP 3/2026