Dziewczyna z tamtych lat

Czas domknąć mini cykl poświęcony trzem diwom polskiego popu lat 90. Była Bartosiewicz, była Nosowska, czas na Kasię Kowalską, która, będąc najmłodszą z tego grona, w krótkim czasie stała się czołową przedstawicielką kobiecego rocka w Polsce.

 CZUŁYM UCHEM 

Choć nie miała takiego szlifu songwriterskiego jak Bartosiewicz i takiego nosa do metafor jak Nosowska, posiadała dar wzbudzania silnych emocji. Szczerość stała się jej największym orężem. Jeżeli szczerość tego wymagała, potrafiła być liryczna, romantyczna, drapieżna, a nawet mroczna. Jej piosenki od pierwszego albumu trafiają do tego miejsca w sercu, do którego drzwi są lekko tylko uchylone.

Jej teksty były jak posypywanie świeżej rany solą, ale przy tym nie można im było odmówić subtelności. Potrafiła dotknąć najintymniejszych zakamarków kobiecej duszy, a dla męskiej części publiczności rysowała tej duszy mapę. Mimochodem udało się jej stworzyć ikonę idealnej dziewczyny lat 90.

Dla naszego polskiego podwórka była tym, czym Alicia Silverstone dla teledysków Aerosmith. W pewnym sensie, już wtedy, wymyśliła nostalgię do najntisów, bo w tamtym czasie Kasię Kowalską kochali wszyscy i kochają pewnie do dziś.

Urodzona w Sulejówku artystka szybko zdała sobie sprawę z tego, że jej miejsce jest na scenie. Jeszcze przed debiutem mogła pochwalić się współpracą z takimi zespołami, jak Human czy Piersi, sama będąc związana z zespołem Evergreen Roberta Amiriana. W 1993 r. podczas koncertu w Stodole została wypatrzona przez Katarzynę Kanclerz z Izabelin Studio i z miejsca wrzucona na głęboką wodę.

Kowalska w tamtym czasie była utalentowanym naturszczykiem, operowała głosem za pomocą intuicji i pod dyktando emocji. Jej śpiew nie był technicznie doskonały, ale był ekspresyjny – często śpiewała na granicy możliwości –  charakteryzowała go emocjonalność połączona z doskonałą intonacją i dykcją. To wszystko w połączeniu z osobowością wokalistki robiło z niej dobry materiał na gwiazdę. Katarzyna Kanclerz nie pomyliła się, a Katarzyna Kowalska nie była gotowa na to, co nadejdzie.

Producentem debiutanckiego albumu Kasi Kowalskiej, zatytułowanym wymownie Gemini, został sam Grzegorz Ciechowski. Wyobraźcie sobie tę sytuację. Nikomu nieznana dziewczyna, praktycznie z dnia na dzień dostaje się pod skrzydła jednego z najbardziej wpływowych polskich artystów XX w. Ale to właśnie on, Grzegorz Ciechowski, namówił Kasię, aby śpiewała po polsku, namówił ją, aby pisała swoje teksty.

Powiedział jej, że nie ważne, jakie to będą słowa. Najważniejsze, że to będą jej słowa. Kasia posłuchała! Album Gemini pokrył się podwójną platyną, znajdując ponad 400 tysięcy nabywców. Taka historia już się nie wydarzy, takie liczby już nigdy nie padną i – cytując klasyka – “już nigdy nie będzie takiego lata”.

A co na albumie? Łatwiej napisać, czego nie ma. Zacznijmy od coverów. Mamy tu wieńczący album, skromny w aranżacji Dziwny jest ten świat, klimatyczny, bardzo dobry No Quarter z repertuaru Led Zeppelin oraz świetny I Never Loved a Woman Arethy Franklin.

Są tu autorskie numery w języku angielskim, na szczególną uwagę zasługuje radosny Heart Of Green, ten akurat napisany przez Roberta Amiriana. Są dwa ciężkie brzmieniowo utwory: otwierający album tytułowy Gemini oraz Cukierek – mój dawca słodyczy, dowodzące, że serce Kasi Kowalskiej nie bije, ono łomocze!

A poza tym są tu ballady, które zdefiniowały lata 90. Wyznanie, Jak rzecz, Oto ja, Kto może to dać, Do złudzenia to evergreeny, które nie sposób oceniać obiektywnie. A wisienką na torcie jest fenomenalnie zaśpiewana, inspirowana Led Zeppelin ballada I Need You autorstwa samej Kasi Kowalskiej. Pozycja obowiązkowa!

Łukasz Cupał

MP 3/2026