Gdynia – miasto z morza i marzeń

Minęło sto lat

Od wielu lat tak mówią o Gdyni artyści, pisarze, naukowcy, politycy. Andrzej Wajda – reżyser, Urszula Dudziak – wokalistka jazzowa, Anna Dymna – aktorka, Stefan Chwin – pisarz… mogłabym długo wymieniać osoby, które zachwycały się modernistyczną i aktywną Gdynią, bo to młode miasto potrafi urzekać.

Gdynia skończyła oficjalnie 100 lat. Ciekawa, a niezbyt długa przeszłość i energiczna, zmieniająca się teraźniejszość są tematem wielu jubileuszowych spotkań. Miasto z bezpośrednim, niezabetonowanym dostępem do morza to dzisiaj prawdziwy powód do dumy. Wystarczy wybrać się na nadmorski bulwar, by poczuć, że tu właśnie – w Gdyni – inaczej się oddycha i tu jest okno na świat, o którym pisano z takim rozrzewnieniem.

To zawsze było miasto z rozmachem, symbol mądrości Polaków, kiedy się budowało sto lat temu, i dostatku w czasach PRL. Baltona, Pewex – dzisiaj to już zapomniane nazwy specjalnych sklepów, błyszczących dobrobytem w czasach słusznie minionych XX w., kuszących swą ofertą. Do Gdyni jeździło się, by poczuć zew morza, dobrobyt i choćby pozorną wolność.

A zaczęło się dość niespodziewanie, za sprawą przede wszystkim inżyniera Tadeusza Wendy. Warszawiak z urodzenia, absolwent Wydziału Matematyczno-Fizycznego na Uniwersytecie Warszawskim i Korpusu Inżynierów Komunikacji w Petersburgu był projektantem linii kolejowych i mostów, a także portów morskich w Rosji. To on właśnie zasłynął jako projektant i budowniczy portu w Gdyni. Oddelegowany został na Pomorze przez dyrektora Departamentu Spraw Morskich w Ministerstwie Spraw Wojskowych, by znaleźć miejsce na budowę portu wojennego.

Dwudziestego czerwca 1920 r. Wenda raportował: „…najdogodniejszym miejscem do budowy portu wojennego (jak również w razie potrzeby handlowego) jest Gdynia”. I przyjechał do Gdyni na kilka lat. Zamieszkał na Oksywskich Piaskach (dzisiaj część Gdyni) w czasach, gdy nie było tam elektryczności ani wodociągów.  Rozpoczął pracę jako naczelnik Biura Budowy Portu. Jego działania były skuteczne. W ciągu kilku lat nieznana wieś rybacka przekształciła się w rosnące w siłę ważne miejsce na mapie odrodzonej Polski.

Dziesiątego lutego w 1926 r. Rada Ministrów RP ogłosiła rozporządzenie, zgodnie z którym gmina wiejska Gdynia otrzymała z dniem 4 marca 1926 r. status miasta. Gdynia liczyła wówczas 12 tysięcy mieszkańców, a jej powierzchnia wynosiła 14 km2.W roku 1939, przed wybuchem II wojny światowej, było to już miasto 120-tysięczne. Dzisiaj Gdynia liczy ok. 240 tysięcy mieszkańców.

Zgodnie z hasłem „Zaczęło się od morza” impulsem do rozwoju Gdyni była budowa portu. Odzyskanie dostępu do morza młodego polskiego państwa po I wojnie światowej i dalekowzroczne myślenie i działania Tadeusza Wendy stworzyły szansę, która została wykorzystana w dwudziestoleciu międzywojennym.

W realizacji wielkich gdyńskich koncepcji pomógł Wendzie Eugeniusz Kwiatkowski, minister przemysłu i handlu, a od połowy lat 30. XX wieku wicepremier i minister skarbu. Kwiatkowski był politykiem z ogromną wiedzą ekonomiczną i wyobraźnią. To on przekonywał polityków, że port, a potem stocznia są największymi przedsięwzięciami ekonomiczno-politycznymi II Rzeczpospolitej. Stefan Żeromski, który przyjechał do Gdyni i tutaj pisał „Wiatr od morza”, miał od Wendy przepustkę, upoważniającą do wstępu na teren budowy portu.

Żeromski napisał: „Port w Gdyni jest jednym z najżywotniejszych przedsięwzięć nowoczesnej Polski”. W latach 30. do Gdyni przeniesiona została z Tczewa Państwowa Szkoła Morska, w której kształtowano morską myśl młodego państwa i szkolono marynarskie kadry. Wielka skala przedsięwzięcia w budowaniu Gdyni to była też wielka nadzieja. Początki nie były łatwe, ale późniejsze możliwości awansu społecznego dawały szanse na nowe życie.

W gdyńskiej architekturze chwali się słusznie modernizm. To był prawdziwy duch nowoczesności. Zapraszano młodych architektów, by projektowali miasto. Większość gdyńskich kamienic modernistycznych stanowią prywatne inwestycje, choć oczywiście w tym stylu wybudowano również budynki użyteczności publicznej – urzędy, pocztę, kościół, Dom Żeglarza. Nic dziwnego, że wpisanie modernistycznego śródmieścia Gdyni na Listę światowego dziedzictw UNESCO jest dzisiaj tylko kwestią czasu.

Nowoczesny układ urbanistyczny, szerokie ulice, prosta droga z dworca na skwer i do morza to były odważne wizje urbanistów dla nowych mieszkańców. A przyjeżdżali oni do Gdyni z całej Polski. Tych z województwa poznańskiego nazywano „bosymi Antkami”, a rdzennych mieszkańców Gdyni „śledziami”. I te określenia funkcjonują nieformalnie do dzisiaj. Przykładano też w dwudziestoleciu międzywojennym dużą wagę do morskiej edukacji, organizowano z rozmachem święta morza. Niemal obowiązkiem szkolnym były wycieczki do Gdyni i zwiedzanie miasta wraz z portem. Gdynia podobała się Polakom. Mówiono: „Gdynia wchodzi do morza, a morze wchodzi w miasto”.

Obchody stulecie miasta zaplanowano z rozmachem na cały 2026 r. Będą koncerty, wystawy, spotkania okolicznościowe, crossy samochodowe, motocyklowe, zawody i zloty żeglarskie, pokazy dronów, będzie też jednokilometrowy stół, ciągnący się przez środek miasta, z serwowanym regionalnym menu, przy którym spotkać się będą mieszkańcy i turyści. To zapowiedziano na 22 sierpnia.

A jesienią odbędzie się oczywiście festiwal filmowy, bo Gdynia kocha film, o czym przypomina nie tylko Gdyńskie Centrum Filmowe. Otwarta Gdynia czeka na turystów. Mówi: „Przyjeżdżajcie. Będzie ciekawie”. Kalendarz jest wypełniony imprezami. Wszystkie informacje w Internecie można znaleźć na stronie: 100.Gdynia.pl

Wielokrotnie pytano Gdynian o poziom szczęścia, wypływającego z faktu mieszkania w tym mieście. Okazało się, że zdecydowana większość mieszkańców lubi swoje miasto. Są związani z przestrzenią, ulicami, architekturą, bulwarem nadmorskim, plażą, klifem w Orłowie, teatrami, muzeami, galeriami. Lubią swoje młode miasto, którego powstanie i rozwój zostały w pełni udokumentowane na fotografiach i filmach, namalowane i opisane w utworach literackich.

A ja zachęcam do odwiedzenia Gdyni, co nie jest takie skomplikowane, bowiem istnieje połączenie lotnicze z Bratysławy do Gdańska, a z gdańskiego lotniska to już tylko żabi skok do „miasta z morza i marzeń”.

Alina Kietrys

MP 4/2026