Setki artykułów, niezliczone rozmowy i lata pracy w redakcji. Dla niej „Monitor Polonijny” to nie tylko pismo, ale także styl życia. W rozmowie redaktor naczelna „Monitora” Małgorzata Wojcieszyńska zdradza kulisy swojej pracy oraz mówi o pasji do dziennikarstwa i redagowaniu polonijnego miesięcznika.
WYWIAD MIESIĄCA
Pamiętasz swoje pierwsze spotkanie z „Monitorem Polonijnym”? Jak to się stało, że zaczęłaś pisać: czy to był przypadek, propozycja, a może wewnętrzna potrzeba?
Moje pierwsze spotkanie z „Monitorem Polonijnym” miało miejsce w Instytucie Polskim w Bratysławie podczas wizyty ówczesnego ministra kultury, który przyjechał z Warszawy, aby porozmawiać m.in. z Polakami mieszkającymi na Słowacji.
Najbardziej zapadł mi w pamięć moment, gdy publiczność mogła zadawać pytania. Za mną siedział pan o tubalnym głosie (Ryszard Zwiewka), który z dumą ogłosił, że od roku istnieje na Słowacji Klub Polski i że planowane jest wydawanie „Monitora Polonijnego”. Obok niego siedziała pani w okularach z grubymi szkłami (Danuta Meyza-Marušiak), która wyglądała na nieprzystępną i surową. Byłam wtedy bardzo młodą dziewczyną, ale pomyślałam, że może kiedyś uda mi się napisać coś do „Monitora”.
I rzeczywiście tak się stało?
Tak, po pewnym czasie spotkałam panią Danutę i zaproponowałam, że mogłabym napisać jakiś tekst. Odpowiedziała mi wtedy dość chłodno wręcz ostro, że ma już współpracowników, i zapytała, czy umiem pisać na maszynie. Zgodnie z prawdą przyznałam, że nie. W tamtym czasie, w latach 1995–1996, bardzo potrzebna była osoba do szybkiego przepisywania tekstów. Wiele artykułów powstawało ręcznie lub na maszynie, dopiero później przekazywano je na dyskietkach. Te najczęściej zostawiało się w czytelni Instytutu Polskiego, skąd pani Danuta je odbierała.
Jak wyglądały Twoje początki jako autorki?
Jak już dostąpiłam zaszczytu pisania, swoje pierwsze artykuły pisałam ręcznie, bo nie miałam jeszcze komputera. Pamiętam, że pewnego dnia pani Danuta zadzwoniła do mnie z pytaniem, czy wzięłabym dyktafon i poszła na wystawę prac plastyków na wyższej uczelni artystycznej, gdzie swoje prace wystawiali także Polacy.
Nie miałam dyktafonu, więc pożyczyłam od teścia duże urządzenie na kasety. Byłam ogromnie zestresowana, bo temat nie był mi bliski, ale obejrzałam wystawę, porozmawiałam z artystami i ówczesnym konsulem. Tekst napisałam najlepiej, jak potrafiłam. Ku swojemu zaskoczeniu, nie usłyszałam pochwały, ale to mnie nie zniechęciło.
O czym najczęściej pisałaś?
Po pewnym czasie otrzymałam propozycję prowadzenia rubryki muzycznej. Tak powstał dział „Młodzi w Polsce słuchają”. Zaczęłam od zespołu Varius Manx. Byłam bardzo zmotywowana i z pasją pisałam o muzyce. Nawiązałam współpracę z wydawnictwami muzycznymi w Polsce, które przysyłały mi kasety i płyty CD.
Zdarzało się, że proponowano mi przeprowadzanie telefonicznych wywiadów z artystami. Pamiętam rozmowę z przedstawicielem zupełnie wtedy nieznanej grupy Ich Troje. Okazało się później, że był to Michał Wiśniewski, który wkrótce stał się bardzo rozpoznawalny.
Na przestrzeni lat przeprowadziłaś wiele wywiadów z politykami, działaczami i ludźmi kultury. Czy jest ktoś, kto szczególnie zapadł Ci w pamięć?
Bywały takie wywiady, które były bardzo trudne i męczące. Jednym z najtrudniejszych był wywiad z generałem Wojciechem Jaruzelskim. Już samo spotkanie z nim było stresujące, bo był to człowiek bardzo surowy. Co ciekawe, gdy dzwoniłam, by umówić rozmowę, telefon odebrała jego żona i zawołała: „Wojtusiu, telefon”. To było zaskakujące – ktoś tak poważny, w domu dla kogoś jest po prostu Wojtusiem.
Przez telefon był uprzejmy, ale podczas spotkania w wojskowej siedzibie, w swoim gabinecie już znacznie mniej. Zarzucał mi brak przygotowania i nieznajomość jego książki. Z politycznych rozmów bardzo ciekawy był wywiad z Andrzejem Lepperem. Spotkaliśmy się w Sejmie, gdzie byłam z grupą słowackich dziennikarzy. Poprosiłam go jeszcze o osobną rozmowę, na którą się zgodził, po czym zniknął w łazience, a za chwilę wrócił przypudrowany i z dużą chęcią odpowiadał na pytania. Później niektórzy czytelnicy pytali mnie, jak mogłam rozmawiać z tak kontrowersyjną postacią, ale ostatecznie przyznali, że w wywiadzie pokazał swoje prawdziwe oblicze.
Który z wywiadów uznajesz za najciekawszy?
Szczególnie zapamiętałam spotkanie z Marylą Rodowicz, która była moją idolką w dzieciństwie. Miałam małą gitarę i bananową spódnicę, a przy różnych okazjach śpiewałam jej „Sing-Sing” albo „Małgośkę”. Na wywiad z piosenkarką pojechałam do Wiednia, gdzie miała koncert. Byłam bardzo zdeterminowana, żeby z nią porozmawiać. Po koncercie weszłam do jej garderoby i zaczęłam rozmowę, ale menedżer przerwał wywiad i zorganizował spotkanie w większym gronie dziennikarzy.
Ostatecznie większość pytań podczas wspólnego spotkania i tak zadawałam ja. Później nawet dzwoniono do mnie z Wiednia z pytaniem, czy ten wywiad mogliby opublikować w swoim piśmie, ponieważ był bardzo interesujący. Ciekawy był też wywiad w Koszycach z Anną Marią Jopek, która bardzo broniła się przed rozmową, bo lubi mieć wszystko pod kontrolą, a wywiad nie był wcześniej zgłoszony. W Warszawie rozmawiałam też z Krystyną Jandą – to niezwykle interesująca osoba. Z kolei podczas spaceru po Bratysławie udało mi się przeprowadzić rozmowę z Andrzejem Wajdą.
Czy zdarzały się trudne rozmowy?
Pamiętam wywiad z Moniką Olejnik, która jest świetna w zadawaniu pytań, ale już mniej chętna do odpowiadania na nie. W pewnym momencie próbowała nawet zapędzić mnie w kozi róg. Pamiętam jednak, że zdobyłam w jej oczach uznanie, kiedy na pożegnanie powiedziałam, że za godzinę mam umówiony wywiad z prezydentem Lechem Kaczyńskim. Zaskoczona przyznała wtedy, że ona sama próbuje się z nim umówić od wielu miesięcy.
Jako dziecko oklaskiwałam Andrzeja Rosiewicza, dlatego bardzo chciałam zrobić z nim wywiad. Niestety rozmowa mnie rozczarowała. Wydał mi się dość powierzchowny, a sam wywiad okazał się mało interesujący. Zupełnie inaczej było podczas rozmowy w Wiedniu z Janem Borysewiczem z zespołu Lady Pank.
Ponieważ pochodzę z Wrocławia, zapytałam go o słynny, kontrowersyjny występ zespołu na stadionie w latach 80. z okazji Dnia Dziecka, podczas którego jeden z muzyków się obnażył. To pytanie bardzo go zdenerwowało, chciał nawet przerwać rozmowę, tłumacząc, że dziś członkowie zespołu są innymi, dojrzalszymi ludźmi. Ironią losu było to, że wieczorem czekałam na koncert zespołu, który ostatecznie się nie odbył.
Wolisz zadawać pytania czy odpowiadać na nie?
Chyba ciekawsze jest zadawanie pytań, bo ktoś, kto pyta, musi przede wszystkim umieć słuchać. Myślę, że potrafię słuchać i dużo zapamiętuję. Czasem bardzo się to przydaje. Pamiętam sytuację, gdy podczas wizyty polskiego ministra obrony poproszono mnie o natychmiastowy wywiad. Pożyczyłam dyktafon na miejscu i umówiłam z redakcją „SME”, że rozmowa zostanie opublikowana w dzienniku następnego dnia. Dopiero w domu odkryłam, że nagranie się nie zapisało. Musiałam więc cały wywiad odtworzyć z pamięci.
Co w prowadzeniu redakcji było dla Ciebie najtrudniejsze – presja finansowa, organizacja pracy czy krytyka?
Wiele osób wyobraża sobie, że redaktor naczelny przede wszystkim zarządza zespołem i pisze teksty. W przypadku „Monitora” wygląda to jednak inaczej. Jako czasopismo polonijne działamy na innych zasadach niż duże redakcje w Polsce. U nas redaktor naczelny musi zajmować się praktycznie wszystkim. Naszym głównym zadaniem jest monitorowanie życia Polonii na Słowacji i wydarzeń polonijnych, ale ponieważ „Monitor” jest miesięcznikiem kulturalnym, staramy się, by w piśmie było dużo artykułów dotyczących kultury. Zdarza się jednak, że materiałów jest mniej i wtedy trzeba uzupełniać numer.
Dużym i często męczącym wyzwaniem są sprawy finansowe, które są niezbędne, by pismo mogło wychodzić. Sama przygotowuję wnioski o granty, zajmuję się rozliczeniami, przelewami i formalnościami. Co roku staję też przed komisją Funduszu wspierającego kulturę mniejszości i odpowiadam na różne pytania, dotyczące naszej działalności wydawniczej. To trochę jak coroczny egzamin, ale gdybym nie wzięła w nim udziału, projekt by przepadł.
Termin takiego przesłuchania jest tylko jeden, na szczęście można połączyć się online. W zeszłym roku łączyłam się z komisją online aż z Australii. Dodatkowym wyzwaniem jest to, że pieniądze często przychodzą z dużym opóźnieniem. „Monitor” na początku roku ukazuje się więc właściwie „na słowo honoru“, choć za druk i wysyłkę trzeba zapłacić wcześniej i tu pomocne są 2 procent z podatków, które przekazują nam darczyńcy.
Czy był moment, kiedy „Monitor“ naprawdę był zagrożony?
Tak. Pamiętam rok, gdy nasze dofinansowanie zostało nagle zmniejszone o połowę. Dotknęło to tylko polskie pismo i nie wiedzieliśmy, dlaczego. Razem z Tomkiem Bienkiewiczem, ówczesnym prezesem Klubu Polskiego na Słowacji, kontaktowaliśmy się wtedy z wieloma osobami. Byliśmy m.in. u ówczesnego ambasadora Tomasza Chłonia, który pomógł zdobyć dodatkowe środki z Polski, a także poszedł na spotkanie do kancelarii premiera Słowacji.
Ostatecznie otrzymaliśmy fundusze ze specjalnej puli. Byliśmy jednak przygotowani, że „Monitor” będzie wychodził co miesiąc tylko do czerwca. Z jednej strony zdobyliśmy Nagrodę im. Macieja Płażyńskiego, więc prawdziwy wiatr w żagle, a z drugiej taki cios. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Z zewnątrz wygląda to fajnie, ale za kulisami dzieją się różne rzeczy.
Wokół pisma przez lata przewinęło się wielu współpracowników. Czy sami się zgłaszali, czy to Ty ich wyławiałaś?
Myślę, że pół na pół, czasem sama kogoś wyłapię, a czasem takie osoby zgłaszają się do mnie. Staram się nikogo nie odrzucać i dawać wszystkim szansę. Kiedyś organizowaliśmy szkolenia dziennikarskie z Aliną Kietrys z Gdańska, żeby pomóc tym, którzy chcą pisać, ale jeszcze nie potrafią. Pisanie wymaga jednak systematyczności, planowania i czasu. Nie każdy sobie z tym radzi, więc niektórzy po pewnym czasie rezygnują.
Pamiętasz artykuł, który wywołał największe emocje albo kontrowersje?
Był taki jeden artykuł z cyklu „Polska oczami słowackich dziennikarzy”, który dotyczył polskiej polityki. W efekcie zostałam zaproszona do polskiej ambasady, by wyjaśnić, dlaczego został opublikowany.
Jakich tekstów nigdy byś nie opublikowała?
Takich, które miałyby kogoś oczerniać. Staramy się przede wszystkim pokazywać życie Polaków na Słowacji i dostrzegać w nim to, co pozytywne. Nawet jeśli ktoś opowiada o trudnym życiu, doświadczeniach czy decyzjach, staramy się pokazać w tych historiach także coś optymistycznego.
Czy czytelnicy często piszą do redakcji? Jakie wiadomości najbardziej zapadły Ci w pamięć? Krytyczne, uznaniowe, a może bardzo osobiste?
Najczęściej, gdy ktoś chce chwalić, mówi to wprost. Zdarzają się jednak też hejterskie reakcje, zwykle anonimowe, skierowane albo we mnie, albo w osobę opisywaną w artykule. „Monitor” jest niewielkim pismem, skupionym na polonijnym środowisku na Słowacji, ale jak w każdym środowisku, zdarzają się też niemiłe reakcje i nas to także dotyczy.

Czy dziennikarstwo jest dla Ciebie bardziej pracą czy stylem życia?
Chyba jednym i drugim. Wspiera mnie w tym mój mąż Stano, który często towarzyszy mi przy wywiadach i robi zdjęcia. Dla nas to po prostu styl życia. Wychodzimy, poznajemy ludzi, potem żyjemy tymi historiami, rozmawiamy o nich i czujemy fajną dziennikarską adrenalinę. Kiedy byliśmy w Australii, pomyślałam, że skoro w Sydney jest konsulat, spróbuję umówić się z konsulem. Mimo że był to nasz przedostatni dzień urlopu, chętnie tam pojechaliśmy. Podobnie było w Nowym Jorku. To jest praca, ale też przyjemna adrenalina.
Czego być najbardziej nie chciała jako redaktor naczelna?
Aby pismo straciło niezależności, aby ktoś stał nad nami i mówił, o czym możemy pisać, a o czym nie.
Jakie marzenia redakcyjne wciąż czekają na realizację? Masz jakieś nowe pomysły na „Monitor” na najbliższe lata?
Nie sądziłam, że będę redagować „Monitor” tyle lat i nie planuję tego w dziesięcioleciach. Chciałabym, żeby wokół mnie wyrastały osoby z zacięciem, takie, które wnoszą nowe pomysły. Nauczyłam się, że kiedy coś się kończy, zaczyna się coś nowego. Tak było na przykład z rubryką „Polska oczami słowackich dziennikarzy”, która istniała 10 lat, ale pomysł się wyczerpał i powstała rubryka „Rozsiani po świecie”, a potem „Rozsiani po Słowacji”. Jestem przekonana, że będą pojawiać się kolejne nowe pomysły, bo życie samo je przynosi.
Magdalena Zawistowska-Olszewska
Zdjęcia: Ewa Sipos, Anna Porada





