„Monitor“ oczami grafika

Tym razem w rubryce dotyczącej trzydziestolecia „Monitora Polonijnego“ zamieszczamy wypowiedź jednego z twórców naszego pisma, grafika Stana Stehlika, który jest z nim związany najdłużej i współpracował ze wszystkimi trzema redaktorkami naczelnymi.

 PIĘKNY TRZYDZIESTOLATEK 

Gdyby mi ktoś kiedyś powiedział, że będę tworzyć polski magazyn, prawdopodobnie bym nie uwierzył, ale okoliczności mojego życia poprowadziły mnie tą ciekawą ścieżką i jestem wdzięczny losowi, że tak się stało.

Pracowałem w kilku redakcjach (Mladé Rozlety, Smena, SME, Zmena, Kamarát, Koridor, Plus7 itd.). Praca w mediach była dla mnie wspaniałą lekcją życia, a przede wszystkim nauczyła pokory. Dzięki niej się rozwijałem zawodowo, zyskiwałem doświadczenia życiowe i uczyłem szacunku do innych. Poznałem też wielu interesujących ludzi, z którymi do dziś utrzymuję kontakt.

 

Przepustka do stałej współpracy

Moja historia z „Monitorem“ zaczęła się jakieś dwa lata po jego powstaniu. Chciałem dołożyć swoją cegiełkę do jego rozwoju. Ucieszyłem się, gdy pani Danuta Meyza-Marušiak zaprosiła mnie do współpracy – to był dla mnie wielki zaszczyt i jednocześnie wyzwanie.

Pierwszym testem naszej współpracy była grafika dwóch stron, na których był reportaż z pierwszego spotkania – wieczoru szant na falach Dunaju – organizowanego przez Klub Polski w Bratysławie. Pani redaktor naczelnej bardzo przypadł do gustu mój projekt graficzny, który zakładał, że zdjęcia były obrobione, jakby były na falach. To dało mi przepustkę do stałej współpracy i do przejścia na ty z redaktor naczelną.

 

Bez poczty elektronicznej

Spotykaliśmy się z Danką kilka razy pod koniec każdego miesiąca. Wówczas wręczała mi materiały do ​​numeru, a ja następnie wykonywałam grafikę. Potem przynosiłem jej wydrukowane strony, ona je czytała, zaznaczała błędy, ja je poprawiałem i przygotowywałem materiały do ​​druku. Wtedy nie było poczty elektronicznej, ale za to były spotkania, które miło wspominam do dziś.

 

Przy lampce koniaku

W drzwiach witał mnie zawsze wesoły pies Chvostík, który odprowadzał nas do pokoju redaktor naczelnej. Tam zabieraliśmy się do pracy. Danka potrafiła docenić moją pracę. Wiedziała, że zależy mi na efekcie końcowym.

Swoistą nagrodą za comiesięczną pracę były nasze rozmowy, takie na luzie, dowcipne, przy lampce koniaku. Pamiętam na przykład, że była bardzo zadowolona z wprowadzonych przeze mnie linii między kolumnami tekstu, ponieważ drukarnia, w której robiono grafikę wcześniej, nie chciała ich wykonać.

 

Metamorfozy „Monitora“

Z biegiem czasu zmieniały się redaktorki naczelne, a ja z mniejszymi lub większymi przerwami przetrwałem w redakcji. W styczniu 2004 r. „Monitor“ przeszedł metamorfozę – jego dotychczasowy format A4 zmniejszył się o połowę, ale za to wzrosła liczba stron do 24.

Chcieliśmy, aby magazyn był bardziej kompaktowy, poręczny, żeby zmieścił się w torebce. Kolorowe pozostały okładki i wewnętrzne cztery strony. Kolejna zmiana nastąpiła w 2009 r., kiedy format został zmieniony na taki, jaki znamy dzisiaj.

 

„Upychanie“ materiałów

Każdy kolejny numer jest dla mnie mimo tylu lat doświadczeń wyzwaniem. Rzadko też wiem, co znajdzie się na okładce, zazwyczaj przygotowuję ją na samym końcu. Najbardziej się martwię, gdy redaktor naczelna w połowie miesiąca mówi, że chyba będzie tym razem mniej artykułów niż zwykle. Bowiem wtedy bywa dokładnie odwrotnie i trudno jest wszystkie materiały upchnąć w projekcie graficznym.

 

Ponad 100 zdjęć

Mało kto zdaje sobie sprawę, że każdy numer „Monitora” zawiera ponad sto zdjęć, a każdy autor ma swój własny sposób ich robienia i wysyłania. Zdjęcia wymagają edycji i ujednolicenia, by uzyskały ostateczną formę. Zajmuje to co najmniej kilka godzin pracy.

 

Jak wyciśnięta cytryna

Na początku, gdy otrzymuję materiały do ​​projektu graficznego, z wielkim entuzjazmem podchodzę do tworzenia czegoś nowego. Przygotowanie każdej kolejnej strony to wyzwanie, aby była piękna i przyciągała wzrok. Po trzech, czterech dniach, kiedy kończę pracę, jestem jak wyciśnięta cytryna, bo to swoisty maraton i walka z czasem, ale za każdym razem cieszę się, że udało mi się zrobić kolejny numer magazynu.

 

Maraton

Następny maraton to wysyłka „Monitora“. Kiedy otrzymuję sygnał z drukarni, że magazyn jest gotowy, przyjeżdżam tam z adresami naszych odbiorców. Tam, na miejscu, w huku maszyn drukarskich, naklejam kilkaset adresów, pakuję „Monitory“ do samochodu i zaczynam krążyć po mieście: poczta, ambasada RP w RS, Instytut Polski w Bratysławie, Ministerstwo Kultury RS i kilka innych adresów – wszystko po to, by zaoszczędzić na bardzo drogiej wysyłce.

Ten dzień bywa wyczerpujący, ale z przyjemnością potem wypatruję reakcji naszych czytelników, którzy w mediach społecznościowych informują, że pismo dotarło i że cieszy ich przesyłka.

 

Fotograf

Od wielu lat robię również zdjęcia z różnych wydarzeń, organizowanych przez Klub Polski i inne organizacje czy instytucje. To kolejna okazja do poznania osób ze środowiska polonijnego na Słowacji oraz polskich osobistości ze świata polityki, nauki, kultury czy sportu. Bardzo się z tego cieszę.

Każdy, kto mnie zna, wie, że nie lubię mówić o sobie, więc napisanie tego tekstu było dla mnie dużym wyzwaniem. Dziękuję wszystkim moim koleżankom i kolegom za współpracę, szczególne podziękowania kieruję do czytelników, którzy chętnie sięgają po „Monitor“.

Stano Stehlik

Zdjęcie: Agnieszka Stefańska

MP 5/2026