jednak na bezpośrednie pociągi jeszcze poczekamy
Co słychać w polsko-słowackich tematach kolejowych? Trwa budowa nowej linii kolejowej Podłęże – Piekiełko, która skróci podróże pomiędzy Krakowem a Zakopanem i Koszycami. Budowa ma się zakończyć w 2030 r., mimo że w roku 2016 obiecywano jej oddanie do użytku na rok 2024.
Słowackie Ministerstwo Infrastruktury nieustannie namawia Warszawę do uruchomienia już teraz, od grudnia 2026, uzgodnionych z Węgrami pociągów na trasie Budapeszt – Koszyce – Kraków, które miałyby kursować co najmniej cztery razy na dobę. Jest gotowy projekt rozkładu jazdy, jest zainteresowanie pasażerów. Polskie Ministerstwo Infrastruktury całe lata było sceptyczne i blokowało ten pomysł, następnie rok temu się zgodziło, dziś – jak pisze polski portal Forbes.pl – znów stoi na stanowisku, że polsko-słowackie pociągi dalekobieżne – tak, ale dopiero po 2030 roku.
Epopeja z polsko-słowackimi pociągami trwa już 16 lat. Pociągi relacji Budapeszt – Koszyce – Kraków przez Tarnów i Muszynę kursowały przez niemal cały okres PRL, lata 90. i początek XXI w. W końcowym okresie miały mniej podróżnych przez typową dla tych lat nieprzyjazną politykę cenową na trasach międzynarodowych i ogólny kryzys polskich kolei. „Tymczasowo” zawieszono je w roku 2010, ze względu na powódź, która uszkodziła most kolejowy na rzece Poprad koło Muszyny. Most i linię kolejową naprawiono, ale pociągi już nie wróciły…
Częściowo ruch pasażerski udało się reaktywować dopiero 9 lat później, w 2019 r. Wówczas ruszyły weekendowe regionalne pociągi Kolei Małopolskich i ZSSK Muszyna – Poprad. I znów: strona słowacka (Ministerstwo Transportu w Bratysławie i społecznicy) apelowała o te pociągi co rok na każdym spotkaniu branżowym z Polakami, a strona polska odmawiała. Jako argument twierdziła, że jej zdaniem nie będzie odpowiedniej frekwencji. Połączenia udało się w końcu uruchomić i od tego czasu frekwencja bije wszelkie rekordy.
Od lat trwa też odbijanie piłeczki między zwolennikami rozszerzania tych połączeń a polskim Ministerstwem Infrastruktury. Pasażerowie chcą codziennych i całorocznych dalekobieżnych pociągów już teraz. Resort w Warszawie od lat twierdzi to samo: teraz nie ma sensu, bo są złe tory i pociągi jechałyby za wolno, czas przejazdu byłby nieatrakcyjny, frekwencja mogłaby być zbyt niska. Nie ryzykujmy. Wkrótce będzie szybka trasa na 160 km/h Podłęże – Piekiełko, poczekajmy jeszcze te 3-4 lata.

Linia Podłęże – Piekiełko rzeczywiście skróci czas podróży między Warszawą i Krakowem a Słowacją, w tym Koszycami, Preszowem i Popradem. Zysk czasowy to ponad godzina. Problem w tym, że żyjemy tu i teraz, a Podłęże – Piekiełko wciąż ma być otwarte „za pięć lat od dzisiaj”.
Wcześniej planowano otworzyć tę linię w 2024 r. Później w roku 2026. Teraz mówi się o roku 2030. A już teraz wspomina się, że po 2030 roku i tak nie powstaną pociągi z Krakowa do Koszyc, bo trzeba będzie zamknąć tory na odcinku Nowy Sącz – Muszyna – Preszów celem ich modernizacji. I w ten sposób temat może się przesunąć nawet do roku 2035, a może i 2040.
Powyższe zjawisko opisał i nazwał Karol Trammer, znany i szanowany polski ekspert kolejowy, redaktor naczelny pisma „Z biegiem szyn”. Stworzył on termin: „futurewashing”, czyli kolejowa „ściema o przyszłości”. Nawiązuje do popularnego greenwashingu, czyli „ekościemy” – kampanii marketingowych, podkreślających rzekomo proekologiczne działania, które w rzeczywistości są właśnie taką „ściemą” i tematem zastępczym. W transporcie publicznym jest podobnie.
Zamiast uruchamiać potrzebne połączenia tu i teraz, decydenci odkładają to na daleką przyszłość – za 10, 20, 30 lat – argumentując to rzekomo złą infrastrukturą i obietnicą, że połączenia zostaną uruchomione, gdy infrastruktura się poprawi. Przy czym ta infrastruktura rzeczywiście się poprawia, ale dużo wolniej niż zapowiadano.
W efekcie ludzie, marzący o polsko-słowackich połączeniach kolejowych całorocznych i „nie przez Czechy”, tracą na tych marzeniach dzieciństwo, młodość, dojrzałość i dostają mglistą obietnicę, że ich wymarzone pociągi powstaną, gdy oni będą na zaawansowanej emeryturze. A i to niekoniecznie. O budowie linii Podłęże – Piekiełko mówił już minister transportu i gospodarki morskiej z rządu Tadeusza Mazowieckiego, Tadeusz Syryjczyk. Minęło 35 lat, a o tej samej inwestycji wciąż się mówi – na szczęście tym razem już o postępach w jej realizacji.
Jakub Łoginow
MP 5/2026





