Za oknem wiosna pełną gębą, ogród wygląda bajecznie. Czujne oko, wrażliwe serce z miejsca rozumieją, że oto jest raj. To miejsce pod stopami, to powietrze, którym się oddycha, piękno, które się ogląda, namacalny cud życia.
CZUŁYM UCHEM
Victor Glover, lecąc w kierunku Księżyca, ogląda w całej okazałości tę błękitno-zieloną Łódeczkę, tę tętniącą życiem Łupinkę, tę Planetkę-Kruszynkę, dryfującą w bezmiarze kosmosu i w chwili olśnienia śle orędzie do ludzkości, mówi o Ziemi, która została nam dana do życia we wszechświecie.
Dopiero przemierzając otchłań, uświadamia sobie, jak bardzo godny miłości Boga jest człowiek, otrzymujący w darze możliwość przebywania w tym raju. Tymczasem na Ziemi… jak psy wściekłe z łańcucha puszczone – kawaleria Szatana dopuszcza się rzeczy najstraszniejszych, haniebnych, nieludzkich. Szkaradne jest zawsze dziełem człowieka.
Kawaleria Szatana to pierwszy ryżo heavy-metalowy polski album. Oczywiście wcześniej było TSA, ale bliżej mu do zaangażowanego rock’n’rolla spod znaku Led Zeppelin czy AC/DC. Turbo natomiast idzie na całość i upycha na krążku wszystkie dla gatunku cechy charakterystyczne: galopujące tempo i częste tego tempa zmiany, ekspresyjny wokal, ciężkie brzmienie oraz teksty, nasycone heroizmem, patetyzmem, potworami i wszelkiej maści szatanami. Tak jednak nie było od początku.
Powstały w Poznaniu w 1980 r. zespół zadebiutował trzy lata później albumem Dorosłe dzieci, z którego utwór tytułowy stał się jednym z największych ejtisowych hymnów. Album był mocny, ale daleko mu było do metalu. Zresztą muzycy za namową promotorów jeszcze bardziej spuścili z tonu przy drugim albumie Smak ciszy z 1985 r., co jednak nie przyniosło pożądanego efektu komercyjnego.
Dojrzałość i świadomość kierunku przyszły dopiero z albumem następnym. Zespół całkowicie odrzucił sugestie tęgich głów z branży i podążył własną artystyczną ścieżką. Kawaleria Szatana z 1986 r. to już pełnokrwisty, bezkompromisowy heavy-metal. Do studia zespół wszedł w składzie: Alan Sors – bębny, Bogusz Rutkiewicz – bas, Andrzej Łysów – gitara, Grzegorz Kupczyk – śpiew oraz lider i jedyny stały członek zespołu, gitarzysta Wojciech Hoffman.
Płytę otwiera dynamiczny Żołnierz fortuny z ikonicznym zaśpiewem “galeon”. Bardzo charakterystyczna, quasi-orientalna zagrywka gitarowa wprowadza nas w jeszcze mocniej rozpędzoną Dłoń potwora. Wydaje się, że szybciej się już nie da, ale Sztuczne oddychanie pędzi na złamanie karku, przez co fraza “sztuczne oddychanie, serce zaraz stanie” brzmi bardzo wiarygodnie w ustach Kupczyka, który jakby ostatkiem sił łapie hausty powietrza między kolejnymi linijkami tekstu.
Kometa Halleya trochę zwalnia, ale za to nadrabia ciężarem. Oparty o bulgoczącą sekcję utwór przyjemnie kołysze. Z kolei Kawaleria Szatana cz. I rozpoczyna się niepozornym wstępem a’la TSA, by po chwili wrzucić nas w otchłań piekielną tak głęboką, że nawet głos Kupczyka tchnie rozpaczą. To klejnot w koronie ze świetnymi zmianami tematów i solówkami.
Wybacz wszystkim wrogomswoim wstępem zdradza fascynację Iron Maiden, będąc jednocześnie chrześcijańskim manifestem pokoju. Album kończą trzy rozpędzone torpedy: Kawaleria Szatana cz. II, Ostatni grzeszników płacz oraz Bramy galaktyk. Ten ostatni to instrumentalna furia, w której muzycy dosłownie szastają pomysłami.
Czy albumowi można coś zarzucić? Tak, dwie rzeczy, choć tę pierwszą można wybaczyć: teksty. Może poetycko nie są najwyższych lotów, natomiast tematycznie są ponadczasowe. O zgrozo, piekielnie trafnie komentują naszą współczesną rzeczywistość, zwłaszcza tekst do Kawalerii Szatana cz. I. Aż włos się jeży. Ten drugi zarzut jest niewybaczalny: okładka. W moim osobistym rankingu najbrzydszych dzierży palmę pierwszeństwa i z daleka nic nie zagraża jej pozycji.
Łukasz Cupał





