List szesnasty: O kaczkach, bobrach i „duchu wszechświata”

Kochane Wnusie,

oto wszystkimi prawdziwymi i metaforycznymi drzwiami i oknami weszła wiosna! Częściej wałęsamy się teraz (babka, Bessie i ja) po okolicy i podziwiamy cuda natury. Jak na czarno-białym zdjęciu, poddanym procesowi kolorowania, w miejsce spleśniałej szarości stopniowo zaczęły się pojawiać liczne odcienie zieleni, najpierw subtelnej i kruchej, pełnej niepewności i obaw, czy to już właściwa pora, czy jeszcze jakiś poranny mróz złośliwiec nie przekreśli jej wysiłków, by zaistnieć, ale potem coraz sytszej, śmielszej, w końcu nie dającej się zatrzymać.

 LISTY DO W. 

Na brzegu płynącego pod oknami strumienia ukazała się para kaczek, pewnie ta sama, która gdzieś się zawieruszyła późną jesienią. Ona skromna, szarobura, niczym prymuska studium kaczego szariatu, on jak laluś i twardziel w jednej osobie, z głową i lotkami mieniącymi się w odcieniach zieleni i fioletu.

Kiwa się po kaczemu u jej boku, coś tam bajdurzy ochrypłym, teatralnym szeptem. Przez jakiś czas grzeją się na słońcu, a potem na powrót ześlizgują się z brzegu na wodę. Co chwila zanurzają łebki w poszukiwaniu rzęs i kłączy i wtedy na krótko milkną, pokazując swoje kupry.

A na Dunajcu pojawiły się łabędzie. Bessie pierwsza dostrzegła je podczas spaceru. Zamarła nagle w bezruchu z uniesioną łapą i nastroszonymi uszyma, a ja podążyłem za jej spojrzeniem i zobaczyłem kilkanaście tych wspaniałych ptaków, dostojnie unoszących się na falach, jakby świadomych swojego piękna i siły.

Są prawdziwą ozdobą tego miejsca, oczywiście obok mew i czapli, choć tych ostatnich nie ma tu zbyt wiele. No i trzeba wspomnieć jeszcze bociany, które przez lata gnieździły się na kominie szkoły na drugim brzegu, zanim ktoś nie wpadł na pomysł, by całe gniazdo przenieść na betonowy słup obok budynku, a komin zabezpieczyć.

Bociany jednak nie lubią, kiedy w pobliżu znajdują się znacznie wyższe obiekty, nie mówiąc już o otwartych oknach, spoza których podczas przerw dochodzą głosy rozigranej dziatwy, więc po kilku nieudanych próbach ponownego przeniesienia się na komin, wyniosły się na dobre. Szkoda.

Zataczając coraz szersze kręgi, natrafiliśmy na nieodkryty dotąd potok z bobrowiskiem. Najpierw uświadamiasz sobie, że umilkł szum wody, a zaraz potem w miejsce wartkiego nurtu dostrzegasz rozlewiska, okolone sterczącymi na wszystkie strony patykami.

W tym rozgardiaszu można jednak zauważyć tu i tam jakieś minimalne znamiona uporządkowania: zwały prawie współbieżnie lub promieniście ułożonych gałęzi tworzących to tamy, to strzechy bobrzych przybytków. Wszędzie tu spokój, bowiem bóbr w dzień śpi i dopiero po zapadnięciu nocy opuszcza żeremie, by potężnymi siekaczami podgryzać drzewa, z których uzyskuje pokarm i budulec.

Kochani, każdy człowiek, będąc w bliskim kontakcie z naturą, uświadamia sobie piękno, a zarazem niezmierną kruchość tego, zdawałoby się, wiecznego pulsowania życia w rytmie wyznaczanym przez pory roku. Ale ta wieczność jest pozorna, bo życia nie było tu od zawsze. Zdaniem jednych zostało ono powołane do istnienia przez Boga, zaś według innych zrodziło się za sprawą organicznej „pierwotnej zupy”, powstałej dzięki zbiegowi okoliczności z materii nieożywionej.

Wybitny dwudziestowieczny popularyzator nauki Hoimar von Ditfurth, nie chcąc faworyzować żadnego z tych poglądów i nie wchodząc w istotę owej sprawczej siły, mówił o niej neutralnie jako o „duchu wszechświata”. Tak czy inaczej, jeśli nie okażemy tej sile i jej dziełu należnego szacunku, nie będzie miała dla nas litości.

Mało jest rzeczy ważniejszych od ochrony środowiska, naszego zielonego domu. Nie słuchajmy manipulatorów, którzy w imię doraźnych, samolubnych celów na wszelkie sposoby mydlą nam oczy, byle tylko usprawiedliwić zatruwanie powietrza i wody. Prowadzenie „słodkiego życia”, nie wymagającego ani krzty wyrzeczeń, ani grosza dodatkowych wydatków, to na pozór wymarzona droga. Jednak na jej końcu majaczy jałowa pustynia i nasza zguba.

Nie dajmy się nabrać, moi drodzy!

Dziadek

MP 5/2026