Sztuka opowiadania historii

Wyobrażam to sobie tak: otwieram drzwi, w tym samym momencie brzęczy umieszczony nad nimi dzwonek, kilka twarzy odwraca się w moją stronę, wymieniamy oszczędne ukłony. Siadam na wytartej skórzanej sofie i czekam na swoją kolej. Kiedy w końcu zajmuję miejsce na obrotowym fotelu, w mgnieniu oka mam na szyi czystą, białą pelerynę. Pada pytanie: „To co dzisiaj robimy?”. A po krótkiej ocenie stopnia rozmowności można rozpocząć opowiadanie historii.

 BLIŻEJ POLSKIEJ KSIĄŻKI 

No dobrze, taki świat w dużej mierze już przeminął, a historie zostały zastąpione przez „stories”. Ludzie stracili cierpliwość do zagłębiania się w opowiadanie. Czasami jednak zdarzają się okazje, kiedy historie rodzinne zostają wyciągnięte niczym rodzinne klejnoty i ponownie pośród nas ożywają ci, których już nie ma.

To właśnie o pamięci, ludziach i miejscach opowiada Monolok Pawła Sołtysa. Jest niczym doskonały przepis, składający się z trzech podstawowych składników: narratora, słuchacza i czasu. Narratorem jest emerytowany fryzjer z warszawskiego Grochowa, który przez dekady strzyżenia wysłuchał niezliczonej liczby historii i teraz wyciąga je ze swojej skarbnicy.

Słuchaczami jesteśmy my wszyscy, czytelnicy, kochający historie, które mogłyby się wydarzyć w naszym mieście, w naszej dzielnicy, na naszej ulicy, nie każdy jednak potrafi opowiedzieć je tak barwnie. A czas? Nie znajdziemy go ot tak, musimy go aktywnie szukać – kto zainwestuje go w tę małą książeczkę, nie pożałuje.

Fryzjer z Grochowa opowiada więc i opowiada, płynnie przechodząc przez różne postacie ze swojej dzielnicy, przez różne systemy, dodając też czasem co nieco o sobie. Czyta się to tak samo pysznie, jak pysznie dzieci wylizują resztki ciasta biszkoptowego z miski, gdy tylko matka na to pozwoli.

Kiedy zagłębiłem się w tę książkę, od razu pomyślałem o wielkim czeskim gawędziarzu Bohumilu Hrabalu. Jego opowiadania Perełki na dnie są do niej podobne. Obaj autorzy opisują świat w taki sposób, że wierzymy każdemu ich słowu, czekamy na kolejną perłę.

Angażują wszystkie nasze zmysły, widzimy kolory, czujemy w palcach zmięte liście, słyszymy dźwięk dzwonu, odczuwamy smaki i zapachy. Hrabal wywodzi się jednak z nieco innej kultury, żywej w Czechach i na Słowacji, z kultury knajp i pubów, do których ludzie nie przychodzą tylko po to, żeby się napić, ale gdzie – przy dobrym piwie i może odrobinę niecodziennym jedzeniu (i jeszcze meczu w tle) – jakoś chętniej się rozmawia. Nawiasem mówiąc, może właśnie dlatego mój klub książki spotyka się w pubie, a jego znakiem firmowym jest marynowany ser pleśniowy.

Wróćmy jednak do opowiadania historii. Podczas czytania tego specyficznego monologu fryzjera przyszła mi na myśl jeszcze jedna autorka – Dorota Masłowska, a konkretnie jej cykl felietonów, pisanych dla „Tygodnika Powszechnego”, które powstawały na warszawskich chodnikach i w komunikacji miejskiej. Czasami wystarczy bowiem zaledwie fragment usłyszanej rozmowy, spojrzenie na coś, wymykającego się codzienności, by w głowie zaczęła kiełkować historia.

Fascynuje mnie również przywiązanie do miejsca. Jaroslav Hašek ustami swojego dobrego wojaka Szwejka mówi: „Lubię, jak ktoś jest skądś”. Sołtys w swojej książce także wymienia nazwy ulic i miejsc w swojej dzielnicy, uważny czytelnik może wczuć się w jej charakter, dowiedzieć się, jacy ludzie tam mieszkali. Przypomina to trochę Marakesz nieżyjącego już słowackiego pisarza Václava Pankovčína, cały jakby owinięty wokół konkretnego miejsca na ziemi.

Na koniec nie sposób nie wspomnieć o jeszcze jednej ważnej kwestii: snucie opowiadania wymaga życzliwego gawędziarza. Takiego, który potrafi wczuć się w sytuację, dużo wybaczyć i wiele zrozumieć, ale jednocześnie jest bezlitosny, jeśli ktoś krzywdzi słabszych.

Paweł Sołtys skomponował w Monoloku pyszny koktajl ze wszystkich składników idealnego opowiadania historii. Zatem zapraszam, usiądźcie wygodnie i dajcie się unieść do świata dawnego Grochowa.

Marián Hamada

MP 6/2026