Buja, ale nie buja

Oto podręcznikowy przykład tego, jak łatwo wpuścić się w maliny. Wystarczy wyjść naiwnie z założenia, że pierwsze polskie wydawnictwo reggae, cokolwiek to jest, to dobry pomysł na wakacyjną, słoneczną propozycję muzyczną do „Czułego ucha”.

 CZUŁYM UCHEM 

Sprawdzam i co się okazuje? Pierwsze polskie wydawnictwo reggae wyłania się z odmętów stanu wojennego, wprost z chłodu zimnej wojny i nowej fali, i uderza w twarz wymownym tytułem: Biada, biada, biada. Dodatkowo zespół nosi nazwę, którą wtedy – 43 lata temu – jak i teraz, choć z różnych względów, lepiej pisać z pomocą homoglifów – ISЯAEL albo I2ЯAEL – pisownię zachowuję dla potrzeb artykułu. Warto dodać, że w początkach działalności, ze względu na cenzurę w rozgłośniach używano antenowo nazwy Issiael.

Co do samego reggae jako gatunku, już dawno temu zrodziło się we mnie przekonanie, z którym zgadzać się nie trzeba, a nawet nie powinno, bo jest dziełem ignoranta, że muzyka ta skończyła się na Marleyu, a wszelkie mutacje i próby kontynuowania spuścizny wydają mi się wtórne, w porywach siermiężne. Trochę inaczej jest na naszej scenie, bo Polska to nie Jamajka, więc przyswojenie tej egzotyki zrazu trąci swojskością.

Dla przykładu grupa Dżem całkiem dobrze zaadaptowała reggae dla swoich potrzeb i dziwię się, dlaczego, o Dżemie mówi się w kategoriach bluesa, skoro najbardziej udane kompozycje zespołu czerpią z reggae pełnymi garściami. Ale ja nie o Dżemie chciałem.

ISЯAEL albo I2ЯAEL powstał w Warszawie w 1983 r. niejako na gruzach Brygady Kryzys. Kontynuujemy zatem wątek Brylewskiego. Ileż ten człowiek dobra popełnił dla polskiej kultury! Po małych roszadach oprócz niego w zespole miejsca zagrzali Paweł „Kelner” Rozwadowski, Jarosław „Gruszka” Ptasiński i Tomasz Lipiński.

I2ЯAEL debiutował w tym samym roku w stołecznych Hybrydach, które na jakiś czas stały się jego bazą, jednak na pełnoprawny debiut fonograficzny trzeba było poczekać do roku 1985. Pojawienie się tego debiutu było szokiem dla polskiej sceny. Dzieło wytrawnych i zdeklarowanych kontestatorów dosłownie rozmontowywało system w dwójnasób.

Z jednej strony muzycznie: mamy tu reggae – nie da się ukryć – ale takie ciężkie, duszne i ciemne w brzmieniu. Bez wielkich kompozycji. Za to wyjątkowo pomysłowo zaaranżowane, pełno tu efektów, a mnogość instrumentów, szczególnie tych perkusyjnych, wpływa pozytywnie na gęstość krótkich przecież piosenek. Zresztą ta zwięzłość to jeden z największych, choć nie oczywistych atutów tej płyty.

Muzycy, wywodzący się z punka, gdzie takie podejście do komponowania jest naturalne ze względu na tempo utworów, przenieśli je zapewne nieświadomie na nowy grunt, co dodało krążkowi esencjonalności. Wystarczy powiedzieć, że w niecałe trzydzieści sześć minut zmieścili dwanaście utworów. A czy buja? Buja wybitnie! Choć nie ma tu mocnych melodii. Z drugiej strony zawarty na płycie przekaz informował w skrócie: Babilon płonie! Może jeszcze o tym nie wie, ale zmęczonej rzeczywistością młodzieży nie trzeba było dwa razy powtarzać.

Minęły czterdzieści trzy lata i nie trzeba udowadniać, że to płyta klasyczna. Rozszyfrowuje trafnie, choć naiwnie, człowieczy pierwiastek zła. Naiwność nie jest tu jednak zarzutem, ale warunkiem koniecznym – bez niej nie ma wrażliwości. Dla współczesnego słuchacza, który nigdy nie zetknął się wcześniej z Biadą, może być to doświadczenie doniosłe, a na pewno szokująco aktualne.

Może pojawić się głód, może pojawić się brak, że czasy wołają, a na horyzoncie nie widać nowych Brylewskich. Może jeszcze za wcześnie, może musi się najpierw przelać… A może to se nevrátí… Udanych wakacji!

Łukasz Cupał

MP 7-8/2026