Kto powiedział, że wakacje wielkiego psa muszą być nudne? Pod koniec czerwca spakowałem swoje pięćdziesiąt siedem kilogramów futra do wielkiego białego SUV-a i z moim stadem ruszyłem na podbój Słowacji! Nie spodziewałem się, że ta misja przyniesie aż tyle wrażeń. Jak dogadałem się z kuzynem? Czemu moja pani szukała mnie z duszą na ramieniu i które miejsca pokochałem najbardziej? Zapraszam na relację z wyjazdowych przygód!
HERO NERO
Słowacki klimat
Gdy przekroczyliśmy granicę ze Słowacją, upał stał się nie do zniesienia. Moje gęste futro aż parowało. Zatrzymaliśmy się przy restauracji, a ja w duchu błagałem: „Tylko mnie nie zostawiajcie na zewnątrz!”. Na szczęście mili ludzie z obsługi restauracji machnęli ręką i pozwolili mi wejść.
O rany, co to była za ulga! Przed wyjazdem moja pani kupiła mi specjalną, żelową matę chłodzącą, ale konsekwentnie ją ignorowałem. Prawdziwy pies wie, że nic nie chłodzi lepiej niż restauracyjne kafelki! Chociaż… Nie byłem jednak pewien, jak to jest z tymi kafelkami na Słowacji, ponieważ w lutym, gdy pierwszy raz odwiedziłem ciocię Gosię i wujka Stana, w ich domu też były kafelki, ale gorące!
Wtedy przekonałem się, że jest coś takiego jak ogrzewanie podłogowe. Po drodze modliłem się, żeby to ogrzewanie podłogowe nie działało. I wiecie co? Moje modlitwy zostały wysłuchane! Tym razem kafelki chłodziły!

Zazdrosny kuzyn
W domu cioci Gosi czekało mnie spotkanie z kocim kuzynem Michalidesem, zwanym Miniem. Znaliśmy się od lutego, więc myślałem, że przybijemy piątkę. On miał jednak inne zdanie na ten temat. Minio to niesamowicie drobniutki kotek, ale ego ma wielkości lwa. Był strasznie zazdrosny o swoje terytorium. Kiedy pani stawiała nasze miski niedaleko siebie, Minio jadł trzy razy szybciej niż zwykle, tylko po to, żeby podkradać jedzenie z mojej. Ja oczywiście nie pozostawałem mu dłużny i też chętnie wyjadałem jego smakołyki.
Chciałem się z nim bawić, ale jako dżentelmen szanowałem jego humory. Grzecznie mu ustępowałem. Kładłem się na zimnych kafelkach i bacznie go obserwowałem. Z biegiem czasu kładł się koło mnie na środku kuchni, gdy obaj czuliśmy, że szykuje się coś przepysznego.
Wielka ucieczka i podbój Bańskiej Szczawnicy
Muszę wam wyznać, że na Słowacji poniosła mnie ułańska fantazja. Ciocia ma ogromny ogród, w którym na początku biegałem nieśmiało. Ale gdy się zorientowałem, że furtka jest otwarta, uznałem, iż muszę zbadać świat za płotem!
Syn mojej pani – Hubert – pierwszy zauważył, że wesoło hasam sobie po sąsiedzkich łąkach. Innym razem to pani szukała mnie z duszą na ramieniu – tuż obok była przecież ruchliwa ulica. Gdy biegała zaniepokojona wokół domu, ja po prostu zwiedzałem okolicę. Wróciłem sam, niesamowicie zadowolony z siebie, choć mina mojej pani mówiła, że darmowe wycieczki właśnie się skończyły.
Aby dać upust mojej energii, pojechaliśmy do miasteczka Bańska Szczawnica. To niesamowite miejsce, bardzo przyjazne dla takich olbrzymów jak ja! Teren jest tam górzysty, powietrze o wiele chłodniejsze, a przestrzeni do biegania tyle, że mało nie pogubiłem łap z radości.
Odwiedziłem też centrum miasteczka, byłem nawet w restauracji. Po tak intensywnym dniu uznałem, że należą mi się królewskie warunki, więc kiedy zakwaterowaliśmy się w apartamencie, bez pytania wskoczyłem prosto do łóżka mojej pani. Chciałem spać z nią i pilnować jej snu, zajmując jakieś trzy czwarte materaca.


Parkowe poranki i lody w wafelku
Naszym codziennym rytuałem stały się poranne wyprawy do parku w pobliskim Šamorinie. Chodziliśmy tam z moją pańcią i ciocią Gosią przed śniadaniem, kiedy słońce jeszcze tak nie paliło. Ten park to prawdziwy psi raj – mnóstwo potężnych drzew, dających kojący cień. Ciocia Gosia, która od zawsze chodziła rano zupełnie innymi ścieżkami, tak bardzo zakochała się w naszych wspólnych spacerach do parku, że – z tego co wiem – chodzi tam do dzisiaj!
Po każdym dobrym spacerze człowiekowi i psu należy się nagroda. Pewnego dnia pojechaliśmy więc wszyscy na prawdziwe lody. I wiecie co? Dostałem swoje własne, osobiste lody śmietankowe na chrupiącym wafelku! Zjadłem je w ułamku sekundy, radosnym mlaśnięciem dziękując za ten najwspanialszy zimny deser.
Słowacja okazała się pełna niespodzianek, ale to, co najlepsze, było dopiero przede mną! Wyobraźcie sobie, że wziąłem udział w obozie artystycznym dla dzieci z Klubu Polskiego i stałem się tam prawdziwą gwiazdą. Ale o tym w następnym odcinku.
Nero
Zdjęcia: Anna Porada





