Leżałem na chłodnych kafelkach w korytarzu, wpatrując się w tę białą, puszystą zjawę, a cała moja pewność siebie nagle wyparowała. Jeszcze chwilę temu myślałem, że złapałem Pana Boga za nogi. Zachwyt Hubcia i Benia, ciepły głos Pańci, zapach pysznego obiadu – wszystko mówiło mi, że to będzie mój dom na zawsze.
HERO NERO
I nagle pojawiła się ona. Cała na biało, z wielkimi, zielonymi oczami i długim futrem. Wyglądała jak mała, groźna chmurka, z której zaraz wystrzelą błyskawice. Nastroszyła grzbiet, fuknęła tak okropnie, jakby w środku niej siedział mały potwór, i w mgnieniu oka ewakuowała się na schody. Usiadła wysoko, gotowa do skoku, i syczała, patrząc na mnie z góry.
W moim wielkim berneńskim sercu zabił dzwon alarmowy. O rany, a jeśli ona jest agresywna? Jeśli ten piękny dom zamieni się w pole bitwy? Zacząłem poważnie wątpić, czy to na pewno miejsce dla mnie. Ja nie lubię się bić. Przecież moje sześćdziesiąt pięć kilogramów służy do kochania, a nie do walki. Leżałem zdezorientowany, a z góry wciąż świdrowało mnie to nieufne, kocie spojrzenie. Czy na pewno będzie mi tu dobrze?
Postanowienie
Przez pierwsze dni w powietrzu czuć było ogromne napięcie. Przypomniałem sobie wtedy rozmowę pań z domu opieki – wspominały o znajomych, którzy wciąż się ze sobą kłócili, fukali na siebie i nie mogli dojść do porozumienia. Jedna z pań powiedziała, że „oni żyją ze sobą jak pies z kotem”. Nie rozumiałem wtedy, o co im chodzi.
Teraz, żyjąc już kilka dni pod jednym dachem z Platynką – bo tak ma na imię ta biała puszysta zjawa – zaczęło do mnie docierać, o co może chodzić w tym powiedzeniu. Ludzie myślą, że my – psy i koty – musimy ze sobą walczyć i wiecznie na siebie fukać! Postanowiłem za wszelką cenę zmienić ten stereotyp. Przecież ja jestem superfajnym gościem, mam miękkie futro, dobre serce i nikomu nie życzę źle. Dlaczego niby mieszkanie z kotem miałoby oznaczać wojnę?

Strategia „Wielkiego głazu”
Wdrożyłem plan o kryptonimie „Wielki głaz”. Moja taktyka była prosta: musiałem pokazać Platynce, że moje 65 kg to nie zagrożenie, tylko duża, ciepła poduszka. Kiedy tylko widziałem, że Platynka schodzi na dół, natychmiast kładłem się na brzuchu. Zginałem łapy, chowałem nos i zamieniałem się w wielki, nieruchomy głaz. Ani drgnąłem.
Nawet mój ogon, który zazwyczaj pracuje jak szalona wycieraczka, leżał cicho na podłodze. „Patrz, mała koleżanko” – mówiłem do niej w myślach, delikatnie mrużąc oczy, by pokazać jej dobre zamiary. „Jestem tylko nieszkodliwym głazem. Możesz spokojnie przejść”. Platynka na początku była bardzo podejrzliwa.
Stawała na dole schodów i obserwowała mnie swoimi wielkimi, zielonymi oczami. Jej długie, białe futro lekko falowało, gdy wąchała powietrze. Czuła mój zapach – zapach spacerów, wiatru i chrupek. Ja też ją czułem. Pachniała domowym ciepłem i… czystością, bo myła się chyba ze sto razy dziennie.
Przełomowy krok
Moja cierpliwość się opłaciła. Któregoś popołudnia, gdy tradycyjnie udawałem posąg, poczułem leciutki jak piórko dotyk na tylnej łapie. Otworzyłem jedno oko dosłownie na milimetr. To była ona! Podeszła na paluszkach, ostrożnie wyciągając swój różowy nosek i powąchała moje futro, a potem najzwyczajniej w świecie przeszła obok mnie, lekko muskając ogonem mój grzbiet.
Moje serce zabiło mocniej z radości, ale utrzymałem pozycję głazu do samego końca, żeby niczego nie zepsuć. Wydałem z siebie tylko ciche, zadowolone westchnienie. Platynka nie uciekła. Usiadła metr dalej i zaczęła spokojnie lizać łapkę. Pomyślałem sobie, że lody zostały przełamane.

Kuchenny pakt
Szybko odkryliśmy, że oboje mamy jedną, wielką wspólną pasję – miłość do jedzenia. Kiedy nasza Pani przygotowuje posiłki, zawieramy cichy pakt i zapominamy o wszelkich uprzedzeniach. Stoimy ramię w ramię. Ja kładę swój ciężki pyszczek na blacie (jestem tak wysoki, że stół kończy się idealnie pod moim nosem!), a Platynka siada obok mnie. Jesteśmy wtedy idealnym zespołem do spraw sprawdzania jakości wędlin i zawsze wyprosimy jakiś smakowity kąsek.
A kiedy dostaniemy wreszcie nasz obiadowy przydział, biegniemy na nasze stanowiska, ile mamy sił. Mamy miski w innych miejscach, żeby nikt nikomu nie zaglądał w talerz. Moja porcja znika w trzy sekundy. Platynka natomiast je jak prawdziwa dama – zje granulkę, rozejrzy się, potem zje kolejną… Ja siedzę dwa metry dalej i grzecznie czekam.
Jestem bardzo kulturalny – wiem, że nie wolno zabierać jedzenia mniejszym. Ale kiedy Platynka w końcu odchodzi, zostawiając w misce chociażby jeden mały okruszek… wkraczam ja! Podchodzę dostojnie i z wielką dokładnością wylizuję jej miskę do czysta. W tym domu przecież nic nie może się zmarnować!
Życie pod jednym dachem
Dziś już wiem na sto procent, że to ludzkie przysłowie o psie i kocie jest naprawdę przereklamowane. Nasze światy są różne – ja jestem dużym berneńczykiem, który głośno tupie łapami, a ona małą, białą kotką, poruszającą się jak cień. Ja uwielbiam podjadać śnieg i biegać za piłkami tenisowymi, a ona woli wygrzewać się na słońcu i obserwować wszystko ze schodów.
Ale wiecie co? Życie z kotem pod jednym dachem może być wspaniałe. Wystarczy po prostu dać sobie trochę czasu, podzielić się resztkami z miski i pokazać, że jest się fajnym kumplem. Ztem jeśli jeszcze kiedyś usłyszę, że ktoś żyje „jak pies z kotem”, po prostu machnę na to ogonem.
Nero
Zdjęcia: Anna Porada





