Moje Kochane Basałyki,
oprócz instynktu stadnego, o którym już Wam kiedyś pisałem, odziedziczyliśmy po naszych przodkach smykałkę do włóczęgi. Wprawdzie przed dziesięcioma tysiącami lat człowiek porzucił wędrowno-łowiecki tryb życia i zaczął zakładać osady, niemniej ciekawość, co jest po drugiej stronie lasu lub za górami, a zarazem nieodparte pragnienie, by tam pójść, nadal wypędzały go z domu. Bywało, że pociąg do włóczęgi jednoczył się z instynktem stadnym i wtedy całe gromady ruszały w świat.
LISTY DO W.
O wędrówkach i podróżowaniu napisano wiele książek. Jedna z najciekawszych pozycji tego gatunku, „Bieguni”, wyszła spod pióra wybitnej pisarki Olgi Tokarczuk i przyniosła jej światowy rozgłos, w dużej mierze przyczyniając się do tego, iż to właśnie ona została laureatką Nagrody Nobla w dziedzinie literatury za rok 2018. Może jeszcze za wcześnie, byście tę książkę przeczytali, ale jestem przekonany, że za kilka lat, kiedy wyrośniecie na wytrawnych czytelników, będzie ona nadal aktualna.
No i pora samemu wejść w akcję. Do obieżyświatów nie należę, ale kiedy wyjdę na Szpicę, nęci mnie, by sprawdzić, jakie widoki roztaczają się z Trzech Koron, potem z Lubania itd., itd. Zacząłem więc studiować materiały, dotyczące jednego z najpiękniejszych polskich szlaków grzebieniowych, Głównego Szlaku Beskidzkiego im. Kazimierza Sosnowskiego, marząc o jego pokonaniu, a potem postanowiłem rozejrzeć się za jakimś kompanem, gdyż tak nakazywał rozsądek.
No i w końcu dzięki internetowi znalazłem drugiego takiego jak ja wariata: dawnego kumpla z ławy szkolnej, z którym nie widzieliśmy się praktycznie od matury. Piotrek okazał się wytrawnym podróżnikiem, który zdążył przemierzyć wzdłuż i wszerz wszystkie kontynenty poza Antarktydą. Beskidy oczywiście też, ale jeszcze jako licealista, stąd mój pomysł bardzo przypadł mu do gustu.
Zapadła decyzja, by w pierwszym podejściu podjąć próbę pokonania połowy szlaku; przejście naraz całych pięciuset kilometrów po prostu nie wydawało się realne choćby dlatego, że Piotr jeszcze pracuje. Zdecydowaliśmy się więc wyruszyć z naszego domu w Pieninach i pójść w kierunku Ustronia na Śląsku, gdzie kończy się (lub zaczyna) szlak.
A potem – jak to mówią w bajkach – jak postanowiliśmy, tak uczyniliśmy.
Kochane bąki, nie będę Was zanudzał opisami przyrody. Powiem tylko, że spotkało nas coś, co można porównać do mieszanki miodu i dziegciu. Pogoda dopisała, więc widoki były wspaniałe to raz, zaś zmęczenie i nieustanny ból wszystkich kości to dwa. I trudno powiedzieć, co w ostatecznym bilansie wrażeń przeważyło. No i pech: Piotr po kilku dniach otrzymał wiadomość, że musi wracać do pracy, więc resztę dystansu przeszedłem w pojedynkę.
Idąc sam, wpadłem w zadumę. Z Piotrkiem nie mieliśmy kontaktu od ponad czterdziestu lat, ale miałem wrażenie, że od razu weszliśmy w swoje dawne role. On – specjalista od udawania, że przedtem udawał, że jeszcze wcześniej nie udawał, czyli mistrz manipulacji, ja z kolei chorujący na nienajzdrowszą ambicję, często przerastającą realne możliwości. Lecz, pomimo tych różnic, zawsze mogliśmy na sobie polegać i to pozostało. Coś, co za naszych młodych lat nazywano przyjaźnią. Więc to chyba prawda, że ani charaktery, ani łączące ludzi więzi nie ulegają z biegiem lat wyraźnym zmianom.
Druga refleksja, już po dotarciu do celu: z całej eskapady najpiękniejsze były gorączkowe przygotowania i niecierpliwe odliczanie dni i godzin do wymarszu. Później była już tylko walka z samym sobą, by nie położyć na wszystkim lachy, bo taka pokusa przychodziła nie jeden raz. I trzeba przyznać rację tym, którzy twierdzą, że ważniejsza od osiągnięcia celu jest droga do niego.
Dzisiaj, moje kochane mikrusy, nie będzie już więcej morałów. Tylko jedna myśl na koniec: nie wszystko, co robimy, musi mieć sens; wystarczy, że napełnia nas satysfakcją i energią do podjęcia innych, mniej porywających, lecz ważnych działań.
Bądźcie zdrowi! I koniecznie wybierzcie się w góry!
Wasz Dziadek





