Kiedyś myślałem, że świat kończy się na ogrodzeniu, a szczytem moich możliwości jest krótkie obejście trawnika. Moich poprzednich właścicieli chyba męczyły spacery, więc wychodziliśmy rzadko i na chwilę. Kiedy trafiłem do nowego ludzkiego stada, byłem wielkim sześciesięciopięciokilogramowym leniuszkiem, który po przejściu stu metrów marzył tylko o zimnych kafelkach. Ale moja nowa Pańcia i jej chłopcy mieli wobec mnie zupełnie inne plany. Postanowili zrobić ze mnie sportowca!
HERO NERO

Początki na miękkich łapach
Nasze pierwsze wyprawy na osiedle i do pobliskiego parku były dla mnie jak wyprawy na Mount Everest. Chłopcy rzucali piłkę, Pańcia maszerowała dziarskim krokiem, a ja… szybko zaczynałem głośno sapać. Moje wielkie łapy robiły się ciężkie, a serce dudniło pod gęstym futrem. Po kilkunastu minutach musiałem zawsze usiąść i odpocząć.
„Spokojnie, Nero, powolutku. Codziennie przejdziemy odrobinę dalej” – mówiła wtedy Pani, gładząc mnie po oklapniętych uszach.
I miała rację! Z każdym dniem czułem, że mam w sobie więcej energii. Dziś na samo słowo: „Nero, idziemy na spacer!” ogarnia mnie wielka radość radosne. Natychmiast podbiegam do szafki, chwytam swoją smycz w pysk, podskakuję i dumnie podbiegam do drzwi. Czasami z tej wielkiej ekscytacji wymsknie mi się głośne „hau!”, żeby wszyscy wiedzieli, że nadchodzi czas przygody.
Osiedlowy koncert
Spacery po naszym osiedlu to za każdym razem wielkie wydarzenie. Za płotami innych domów mieszka mnóstwo psów. Na początku były niesamowicie ciekawe, kto to nowy pojawił się w okolicy. Wszystkie podbiegały do ogrodzeń i zaczynały głośno szczekać: „Hau, hau! Kto to? Jaki wielki!”.

Szczerze mówiąc, do dziś jestem tym trochę zdziwiony. Dlaczego one tak strasznie krzyczą? Przecież ja nigdy nie szczekam na nie. Podchodzę, merdając ogonem, nastawiam uszu i wysyłam im sygnały: „Cześć kumple! Pobawimy się? Pobiegamy razem?”. One jednak wolą robić hałas. Pani się śmieje, że przez ten ich jazgot cała okolica od razu wie, kiedy idziemy na spacer. Jestem po prostu osiedlową gwiazdą, która ma swój własny, psi komitet powitalny!
Wielkie odchudzanie
Z czasem nasze krótkie wyjścia zamieniły się w prawdziwe długie wyprawy. Stałem się też najlepszym pasażerem na świecie. Uwielbiam podróże naszym rodzinnym samochodem! To wielki, biały, siedmioosobowy Peugeot. Ma tak ogromny bagażnik, że mieszczę się w nim idealnie i mam mnóstwo miejsca na swoje puszyste futro. Gdy tylko Pani otwiera klapę, wskakuję bez wahania, a mój ogon z radości uderza o boki auta. Chcę jeździć wszędzie – nawet do najbliższego sklepu – żeby tylko rzucić okiem na świat przez szybę.
Jednak moim ukochanym miejscem są pobliskie stawy, dokąd mnie i resztę stada często zawozi nasz biały krążownik. Tam nie muszę chodzić na smyczy, mogę swobodnie biegać po trawie, węszyć w zaroślach i gonić wiatr. Dawniej po takiej wyprawie spałbym trzy dni. A teraz? Teraz czuję, że latam!
Wysportowana para
Ostatnio u weterynarza stanąłem na wielkiej wadze. I wiecie co? Okazało się, że zrzuciłem aż osiem kilogramów! Teraz na liczniku wyświetliło się tylko (!) pięćdziesiąt siedem. Poczułem się tak lekki, jakbym zamiast grubego futra miał na sobie piórka. Najciekawsze jest to, że moja Pani też ostatnio bardzo schudła i teraz ważymy prawie dokładnie tyle samo (ona kilogram mniej). Jesteśmy idealnie dopasowaną, wysportowaną parą.
Warto być aktywnym każdego dnia – nawet jeśli na początku bolą łapy, a język zwisa do samej ziemi. Ruszajcie się, spacerujcie i biegajcie, bo zdrowie i dobre samopoczucie są tego warte!
Nero

Zdjęcia: Anna Porada





