Siedem czerwonych róż
„Przynoszę tobie, moja dziewczyno siedem czerwonych róż, powiedz, czy będziesz moją na zawsze już“ – tymi słowami kończy się piosenka „Siedem czerwonych róż“ w wykonaniu Tadeusza Skrzypczaka i to ona kończy ceremonię pożegnalną w Domu Smutku w Revúcy, a zarazem ziemską podróż Marii Sikorskiej, którą żegnają tłumy. Słowackie miasteczko, a polska piosenka na pożegnanie. W drodze do Revúcy zatrzymujemy się w kwiaciarni. Intuicyjnie wybieramy czerwone róże. Nawet nie jesteśmy tego świadomi, jak ważne dla Niej były te kwiaty.

Maria Sikorska na świat przyszła w Podolińcu, ale jej przodkowie pochodzili z Polski. Nic dziwnego, że jej mężem został Polak, Ludwik, z którym założyła rodzinę. Najpierw pojawiła się córka Stefania, a później syn Stanislav. Pierwsze wspólne lata spędzili w Starej Lubowni, później przenieśli się do Revúcy. W 1994 r. umiera jej mąż i od tej chwili Maria żyje dla dzieci, później dla wnuków. Przed śmiercią dowiaduje się, że na świat przyszła jej prawnuczka.
Marię poznajemy dzięki jej córce Steni. Kiedy nawiązujemy ściślejsze więzi obie panie coraz częściej pojawiają się na wydarzeniach Klubu Polskiego, czy to w Koszycach, gdzie mieszka Stenia, czy w Bratysławie i okolicy. Szkolenia motywacyjne, koncerty, wystawy, imprezy integracyjne, a potem nawet prywatne wspólne wyjazdy, które do dziś wspominamy ze znajomymi.

I jej słynne wypieki! „Koniecznie napisz też o najwspanialszych kotletach schabowych!“ – podpowiada mi mąż. Dobrze nam się z Marią rozmawiało. Zawsze uważna, ciepła i serdeczna. Z mądrością życiową. Lubiła się śmiać, więc często żartowaliśmy. „Mama zawsze, gdy przychodziłam do domu z nowym chłopakiem, a ten przypadł jej do gustu, zaczynała mówić zupełnie innym głosem, takim, którego używała, gdy czytała ogłoszenia w miejskim radiowęźle, ponieważ pracowała w urzędzie miasta Revúca i to należało do jej obowiązków“ – opisywała Stenia ku uciesze nas wszystkich. Maria śmiała się także. Mimo różnicy pokoleń równa babka! Jedna z nas!
Kiedy odwiedziłam ją z mężem cztery lata temu oczywiście czekała na nas z kotletami schabowymi – dobrze pamiętała, że mój mąż je uwielbia. Zresztą nie raz go nimi obdarowywała. Choćby wtedy, kiedy w 2029 r. przyjechaliśmy do Koszyc z przedstawieniem teatralnym, a Maria i Stenia gościły nas i całą naszą teatralną trupę. Również to i wiele innych wspólnych wydarzeń wspominaliśmy, gdy odwiedziliśmy ją w Revúcy.

Na odchodnym pokazała mi magazyn „Slovenka” ze zdjęciem nastolatki. Przyznała się wtedy, że to ona wygrała konkurs ogłoszony przez to pismo konkurs i została jego małą miss! Chciałam, żeby mi o tym opowiedziała, ale uparła się, że zrobi to następnym razem. Już miałam pomysł, że mogłaby nam zademonstrować zapowiedź w miejskim radiowęźle. Niestety, do kolejnych odwiedzin w Revúcy nie doszło i nie dojdzie, choć kilkukrotnie próbowałyśmy zgrać terminy.
Od wiosny przygotowywała się do operacji serca. Miała sporo planów, co będzie robić potem. Jednym z jej marzeń była podróż do Gdańska. „Bardzo się cieszę, że mogliśmy być częścią jej wspaniałych dni, które spędziła w czerwcu w Koszycach. Tak, jak chciała. Szczęśliwa, uskrzydlona!“ – wspomina ze łzami w oczach Stenia.
Gdy ją dopytuję, czy utwór, który zabrzmiał na koniec uroczystości pogrzebowej, był przez zmarłą wybrany, przytakuje. „Tak, mama opowiadała mi, jak do tej piosenki tańczyła razem ze swoim tatą, dlatego na zawsze pozostała jej w sercu“ – mówi. Dodaje też, że zawsze będzie pamiętać mamę, jak jeszcze w czerwcu pogodna szła ulicą w Koszycach, niosąc bukiet czerwonych róż.
Małgorzata Wojcieszyńska, Revúca

Zdjęcia: archiwum Marii Sikorskiej





