Pamiętam pewną styczniową imprezę polonijną w 2012 r. Z podekscytowaniem opowiadałam wtedy o jednej z moich podróży po Słowacji, o urzekającej Bańskiej Szczawnicy i o małej kafejce, w której na ścianie zobaczyłam okładkę płyty winylowej Krzysztofa Krawczyka. To był dla mnie jeden z tych drobnych, zaskakujących szczegółów, które sprawiają, że miejsce zaczyna opowiadać własną historię. Usłyszała to szefowa redakcji i zapytała: „A może chciałabyś o tym napisać?”. Nie wiedziałam wtedy, że z tej jednej rozmowy narodzi się piętnastoletnia przygoda z „Monitorem Polonijnym”, która trwa do dziś.
PIĘKNY TRZYDZIESTOLATEK
Na tropie słowackich perełek
Tak powstał mój pierwszy artykuł z cyklu „Słowackie perełki”, opublikowany miesiąc później. Od tamtej pory ukazało się już 155 odcinków, w których zabierałam czytelników w różne zakątki Słowacji – do miejsc pięknych, czasem niepozornych, ale zawsze niezwykłych, kryjących w sobie ważne historie, zabytki, pamiątki i ślady kultury.
Z czasem „Słowackie perełki” stały się czymś więcej niż tylko cyklem artykułów. Na stronie polonia.sk powstała wirtualna mapa Słowacji, na której zaznaczone zostały wszystkie opisane przeze mnie miejsca. Dzięki niej można dziś w prosty sposób sprawdzić, co warto zobaczyć, wybierając się w konkretny region kraju albo po prostu przejeżdżając przez jego część. Lubię myśleć, że w ten sposób moje pisanie może być nie tylko opowieścią, ale też inspiracją do odkrywania Słowacji.
Każda z tych 155 historii zaczynała się jednak od czegoś innego. Czasem od podróży, czasem od przypadkowo usłyszanej informacji, zdjęcia lub od rozmowy z kimś, kto znał to miejsce lepiej niż niejeden przewodnik. I właśnie wtedy przekonywałam się, że najciekawsze historie często czekają na nas tam, gdzie najmniej się ich spodziewamy.
Od pasji do dziennikarskiego warsztatu
Język polski zawsze był moją mocną stroną, a życie postanowiło dać mi możliwość wykorzystania tego, co kiedyś było po prostu szkolną umiejętnością. Nie oznacza to jednak, że od początku wszystko przychodziło mi łatwo. Uczyłam się na własnych błędach, uczestniczyłam w warsztatach i szkoleniach, a każdy kolejny tekst był dla mnie cenną lekcją.
Z czasem zrozumiałam, że napisanie dobrego artykułu to nie tylko sprawne posługiwanie się językiem. To także umiejętność znalezienia tematu, zadania właściwych pytań, wydobycia z rozmowy tego, co najważniejsze, sprawdzenia faktów i źródeł, a przede wszystkim zainteresowania czytelnika
Moja przygoda z „Monitorem Polonijnym” rozwijała się razem ze mną. Początkowo były „Słowackie perełki”, później relacje z wydarzeń polonijnych, wystaw, koncertów i innych wydarzeń kulturalnych, a z czasem także felietony.
Każda z tych form wymagała innego podejścia i rodzaju pisania. Jednym z większych wyzwań okazały się artykuły wprowadzające. Każdego miesiąca trzeba znaleźć temat ciekawy, niebanalny i pasujący do charakteru numeru. Nie zawsze pomysł pojawia się od razu, czasem trzeba go długo szukać, a czasem przychodzi zupełnie niespodziewanie.
Pamiętam też swój pierwszy wywiad. Zastanawiałam się, czy dobrze poprowadzę rozmowę i czy później właściwie ją zapiszę. Z czasem przekonałam się, że wiele zależy od osoby siedzącej po drugiej stronie, a dobra rozmowa potrafi napisać się niemal sama.
Nauczyłam się też, że tekst, wychodzący spod pióra autora, nie zawsze jest wersją ostateczną. Pamiętam wiele dyskusji z naczelną o stylu czy tytułach. Bywały emocjonujące, ale zawsze prowadziły do kompromisu. Były one częścią mojego dziennikarskiego rozwoju i nauczyły mnie spojrzenia na własny tekst z dystansu.

Po godzinach
Pisanie nigdy nie było moim jedynym zajęciem. Przez lata musiałam godzić je z pracą zawodową, obowiązkami i życiem rodzinnym. Mój syn doskonale wie, że kiedy po godzinach siedzę przed komputerem, to piszę wtedy artykuły. Gdy babcia pyta go, co robi mama, odpowiada: „Pisze te swoje artykuły, które muszą być oddane w nieprzekraczalnym terminie”. I chyba właśnie w tym jednym zdaniu najlepiej kryje się prawda o moim pisaniu.
Bo napisanie artykułu wymaga nie tylko pomysłu, ale także dobrej organizacji czasu. Trzeba znaleźć informacje, sprawdzić źródła i fakty, napisać tekst, a potem jeszcze kilka razy go przeczytać i poprawić. Nie zawsze łatwo pogodzić to z codziennymi obowiązkami, ale właśnie dlatego każdy ukończony artykuł daje mi satysfakcję. Tylko ja wiem, ile czasu i pracy się za nim kryje.
Tak naprawdę najważniejsi są ludzie
Kiedy myślę o tych wszystkich latach pisania do „Monitora”, to oprócz setek różnorodnych artykułów widzę przede wszystkim ludzi. Bowiem za każdym tekstem kryją się nie tylko słowa, ale konkretne osoby, które spotkałam, z którymi rozmawiałam i które wzbogaciły moje pisanie.
Myślę o artystach, o których miałam okazję pisać, i o osobach, poznanych podczas przygotowywania „Słowackich perełek”. To dzięki nim wiele miejsc zyskało dodatkowy wymiar. Ktoś opowiedział mi historię, której nie znalazłabym w Internecie, ktoś inny zdradził ciekawostkę lub lokalną legendę. Byli też członkowie Klubu Polskiego, których poznałam bliżej dzięki ankietom. Każda wypowiedź była małym fragmentem czyjejś historii i spojrzenia na świat. Z perspektywy czasu myślę, że to właśnie ludzie są największym bogactwem moich lat związanych z „Monitorem”.
Dziś, piętnaście lat po tamtej styczniowej rozmowie i pierwszym artykule, nadal siadam z kawą przed komputerem i piszę. I choć przez te lata zmienił się świat, media i zmieniłam się ja sama, to jedno pozostało takie samo – ciekawość. Ciekawość miejsc, ludzi i ich historii, bo czasem jedna mała rzecz może być początkiem czegoś naprawdę wielkiego. Czasem wystarczy jedna rozmowa, jeden pomysł, jeden artykuł.
Magdalena Zawistowska-Olszewska






