post-title Monika Borkowska, nowa prezes Klubu Polskiego: „Różnorodność w nas jest najciekawsza“

Monika Borkowska, nowa prezes Klubu Polskiego: „Różnorodność w nas jest najciekawsza“

Monika Borkowska, nowa prezes Klubu Polskiego: „Różnorodność w nas jest najciekawsza“

Podczas XII Kongresu Klubu Polskiego, który odbył się 14 maja w Dubovej, wybrano nowego prezesa największej i najdłużej działającej na Słowacji organizacji polonijnej. Została nim Monika Borkowska spod Nitry, która członkiem Klubu jest niemalże od momentu jego powstania. O planach i spostrzeżeniach dotyczących rozwoju organizacji rozmawiałyśmy kilka dni po objęciu przez nią nowej funkcji.

 

Jesteś związana z dwoma oddziałami regionalnymi Klubu Polskiego: Nitrą, z racji zamieszkania, i Bratysławą, gdzie często bywasz i uczestniczysz w klubowych przedsięwzięciach. To dobry start dla prezesa organizacji, która działa w kilku miastach Słowacji. Jak byś opisała Klub Polski na podstawie porównania doświadczeń z tych dwóch miast?

Polonia to środowisko bardzo różnych ludzi, pochodzących z różnych regionów Polski, z różnymi światopoglądami. To właśnie ta różnorodność w nas jest najciekawsza. Ma ona swoje plusy i minusy, jak wszystko w życiu. Trudno jest wszystkim dogodzić, ale z drugiej strony można wykorzystać szeroki wachlarz tej różnorodności.


A jakie są różnice, na przykład między Nitrą a Bratysławą?

To się często zmienia, wszystko zależy od ludzi, którzy tworzą daną społeczność. W tym momencie w Nitrze bardziej aktywne są osoby z dłuższym stażem, natomiast w Bratysławie to spektrum jest różnorodne z tego względu, że ludzie w Klubie często się zmieniają – jedni przychodzą, inni odchodzą. Przyczyną tego jest szersza oferta pracy w słowackiej stolicy, z której Polacy korzystają. Kto wie, może coś podobnego jak w Bratysławie będziemy obserwowali i w Nitrze, kiedy ruszy tu fabryka Jaguara. Różne też są imprezy polonijne w tych miastach. Na przykład w Nitrze mamy bardzo ciekawe koncerty muzyki klasycznej, comiesięczne msze w katedrze i spotkania u ojców salwatorianów. W Bratysławie, oprócz ambitnych wydarzeń, częściej odbywają się imprezy towarzyskie, typu karaoke, śledzik czy wspólne kibicowanie podczas meczy. Jest z czego wybierać i tu, i tam.


Klub Polski obejmuje swoją działalnością też inne miasta. Co zamierzasz robić, by dotrzeć do jak największej liczby naszych rodaków rozsianych po całej Słowacji?

Mam pomysł, by za pomocą ankiety dowiedzieć się od naszych członków, jakie mają zainteresowania, czym się zajmują, czego oczekują od Klubu. Z pewnością mają oni jakieś ciekawe pomysły, inicjatywy, jak uatrakcyjnić działania klubowe. Planuję odwiedzić wszystkie oddziały naszej organizacji, by porozmawiać z ich członkami. Większość tychże członków wydaje się aktywna, zastanawiam się więc, jak trafić do ludzi, którzy o nas nie wiedzą. Dobrze pamiętam siebie z czasów, kiedy studiowałam w Bratysławie i kiedy to stwierdziłam, że brakuje mi rodaków na obczyźnie. Wtedy postanowiłam nawiązać kontakt ze środowiskiem polskim. Być może są gdzieś tacy ludzie, którzy nawet nie mają pojęcia, że coś takiego jak Klub Polski istnieje. Może w odnalezieniu ich pomocne będą niektóre media publiczne oraz społecznościowe czy instytucje lokalne.


A jak Ty odnalazłaś drogę do Klubu?

Podczas studiów w Bratysławie udałam się do Instytutu Polskiego, gdzie dowiedziałam się o istnieniu słowackiej Polonii. Potem, kiedy przeprowadziłam się do Nowych Zamków, odszukałam Klub Polski w Nitrze.


A jak trafiłaś na Słowację?

Paradoksalnie przywiodła mnie tu fascynacja językiem i kulturą węgierską oraz kontakty na Węgrzech. Małżeństwo z mężczyzną, będącym obywatelem słowackim, pochodzącym z tutejszej mniejszości węgierskiej, próby czasu nie przetrwało, ale pozostała mi znajomość języka węgierskiego. Obecnym moim mężem jest Słowak. Jego pasją są sporty długodystansowe – maraton, długi triathlon, tzw. Ironman. Mam troje dzieci. Córki już mają rodziny, które się z roku na rok powiększają. Najstarsza, która jeszcze niedawno zarzekała się, że nie będzie mówić po polsku, wyszła za mąż za Polaka i mieszka w Polsce (śmiech), druga związała się z Czechem i mieszka w Bratysławie. Jesteśmy więc tak różnorodną rodziną, jak Grupa Wyszehradzka, w skład której wchodzą cztery nacje: polska, słowacka, węgierska i czeska (śmiech). Dzięki temu dobrze znamy problemy związane z byciem mniejszością narodową. Jest to pewien paradoks, bo dzięki emigracji, jak sądzę, mam bardziej obiektywny ogląd rzeczywistości, pewien dystans, a jednocześnie wzmocniła się moja więź z Polską i polskością, w pewien sposób utracona.


Czy czegoś Ci w dzisiejszej ofercie klubowej brakuje?

Oferta Klubu jest bardzo bogata, każdy tu znajdzie coś dla siebie. Ale jeśli mamy stawiać poprzeczkę jeszcze wyżej, może powinniśmy popracować nad poziomem naszego języka polskiego. Ja osobiście odczuwam niedosyt pod względem oferty językowo-literackiej. Wiem, że nie jestem w tym odosobniona, ponieważ wiele osób z Klubu potwierdziło odczucie braku czystości języka polskiego. I to bardzo bolesne. Chodzi o naleciałości z języka słowackiego, większe lub mniejsze, które zanieczyszczają nasz polski. Trudno zachować czystość językową w przypadku tak podobnych języków, jak polski i słowacki. Nie wiem, jak o to zadbać, by to wyplewić. Może poprzez jakieś specjalne kursy dla nas? Albo quizy czy łamigłówki językowe, które zmusiłyby nas do pozbycia się niepoprawnych słów? Pewnie przydałaby się tu pomoc fachowców – językoznawców. Może wspólnymi siłami uda nam się wymyślić odpowiednią formę pracy nad tym zagadnieniem?

To ciekawy pomysł. Chyba można by zaprosić większe grono osób do współtworzenia takich quizów, bo wszyscy pewnie mamy na swoim koncie wpadki językowe, na które ktoś nam zwrócił uwagę i którymi moglibyśmy się podzielić z innymi.

To mogłoby nas uwrażliwić na popełniane błędy. Poza tym coraz mniej ludzi czyta, więc może moglibyśmy zorganizować jakieś spotkania literackie, wspólne czytanie polskiej literatury, spotkania z pisarzami, poetami, prezentacje młodych autorów. Myślę też nad tym, co zobaczyłam podczas imprezy „Z Polską na Ty“, kiedy pod okiem i z pomocą grupy Sillmarion, w której mamy swoich ludzi, Polacy i Słowacy wspólnie tańczyli poloneza. Wtedy przyszło mi do głowy, że może moglibyśmy otworzyć coś, co na Węgrzech jest bardzo popularne. Mam na myśli domy tańca, w których Węgrzy uczą się na przykład czardasza. My moglibyśmy zacząć z polskimi tańcami.

 

Mówiąc o języku polskim nie sposób nie wspomnieć nauczania od najmłodszych lat. Jakie jest Twoje podejście do tego zagadnienia?

Mnie bardzo zależało na tym, żeby dzieci mówiły po polsku. Do dzieci i wnuków staram się mówić i pisać wyłącznie po polsku. W czasach, kiedy nie było Internetu, pisałam listy do rodziny do Polski, pod każdym takim listem prosiłam, by córki napisały po polsku chociaż jedno zdanie od siebie. Z moim najmłodszym, obecnie 12-letnim synem też mówię po polsku, podobnie jak z wnukami. Wychodzę z założenia, że nieważne, czy dziecko odpowiada po polsku, czy po słowacku, i tak słuchając języka polskiego, słuchając tego, co się do niego mówi po polsku, uczy się go. To nasze domowe, naturalne lekcje językowe. Natomiast doceniam lekcje języka i kultury w tutejszych polskich szkółkach i szkołach, bo nic nie zastąpi pracy dobrych pedagogów.


Korzystaliście też z zajęć szkółki polonijnej, która istnieje już wiele lat w Nitrze?

Tak, oczywiście. Córka Monika, która studiowała pedagogikę, w pewnym okresie nawet udzielała się tam, pomagając w zajęciach – organizowała warsztaty dla dzieci. Po studiach, dzięki rekomendacji Klubu Polskiego, wyjechała do Warszawy na staż w Sejmie.


Do tej pory współpraca między naszą mniejszością a innymi polegała na sporadycznym braniu udziału w niektórych imprezach innych mniejszości. Czy dzięki Twojej znajomości węgierskiego Klub Polski nawiąże kontakty z największą mniejszością na Słowacji – węgierską?

Mam nadzieję, że tak. Znajomość języka może być pomocna w nawiązywaniu kontaktów. Może uda nam się też nawiązać współpracę z Polakami mieszkającymi na Węgrzech. Przecież Klub Polski odwiedzają bliscy sąsiedzi – Polonia z Brna i Wiednia, więc dlaczego nie otworzyć się też na południe?


Klub ma 22 lata, od wielu lat jesteś jego członkiem. Jak oceniasz jego rozwój?

Organizowane są coraz ciekawsze imprezy. „Monitor“ wyszlachetniał, dojrzał i wcale mnie to nie dziwi, że redakcja i twórcy „Monitora“ otrzymują nagrody dziennikarskie. Dużo pracy potrzeba, by utrzymać na pewnym poziomie to, co już osiągnęliśmy. Ale według mnie warto, bo widzimy odzew wielu ludzi. W dzisiejszych czasach jest to jeszcze cenniejsze, bo przecież cały świat stoi otworem, a jednak znajdują się tu ludzie, którzy chętnie się spotykają, nawiązują przyjaźnie, lgną do siebie i szkoda byłoby, gdyby ta idea upadła. Dzięki Klubowi zawartych zostało przecież wiele przyjaźni, a wielu członków Klubu otrzymało szansę rozwoju. To trzeba umieć docenić, dlatego to podkreślam.



Czasami jednak pojawiały się głosy, że skoro mieszkamy blisko Polski, mamy Internet, łatwy dostęp do wiadomości, to może działania Klubu już nie są potrzebne.

Nasza sytuacja jest specyficzna. Nas coś łączy. Mamy wspólny mianownik, którego nie znajdziemy w Polsce. Życie na emigracji, takiej czy innej, jednak niesie ze sobą pewną specyfikę. Nie zrozumie nas Polak, który mieszka w kraju. Każdy z nas potrzebuje kontaktu z drugim człowiekiem, chce być wysłuchany i zrozumiany. To jest naturalna potrzeba człowieka. Ja sama Klubowi zawdzięczam wiele, więc moją nową rolę w charakterze prezesa odbieram jako spłatę długu wdzięczności za to, że ktoś kiedyś przygarnął mnie, zainteresował się mną, podał pomocną dłoń, wysłuchał, porozmawiał.


Różnorodność może być przez niektórych odbierana jako pretekst do zwalczania tych innych. Jak temu zapobiec?

Łagodzić, godzić, by konflikty, który obserwujemy w dzisiejszym świecie, nie przeniosły się na łono Klubu. Wiadomo, każdy ma swój charakter, osobowość, poglądy i każdy ma do tego prawo. Mamy demokrację i wolność słowa. Oczywiście to nie oznacza przyzwolenia na przemoc, nienawiść, podburzanie, krętactwa. Wśród Polonii jest miejsce dla wierzących, niewierzących, ludzi o różnych poglądach. Naszym zadaniem jest szukanie tego, co nas łączy, a nie dzieli. My chcemy kultywować naszą kulturę, której brakuje nam na obczyźnie.


Coraz częściej obserwujemy, że na świecie dochodzą do głosu ludzie o poglądach ekstremalnych; na Słowacji nawet do parlamentu dostała się partia Mariana Kotleby… Powinniśmy się tego jako mniejszość obawiać?

Milcząc, nic nie robiąc, w gruncie rzeczy popieramy zło, jak stwierdziło to paru mądrych ludzi na przestrzeni dziejów, a doświadczyły na sobie miliony. Może jest za wcześnie na jakąś panikę, ale trzeba dmuchać na zimne. Słowo kształtuje świadomość, a następnie rzeczywistość. Jest bronią, sto razy powtarzane zmienia mentalność. Powtarzane wciąż slogany ksenofobiczne, obojętne do kogo adresowane, mogą się stać zalążkiem agresji. Dlatego uważam, że należy reagować, zabierać głos w dyskusji.


Małgorzata Wojcieszyńska

Zdjęcia: Stano Stehlik

 

Monika Borkowska urodziła się w Łodzi, potem mieszkała z rodzicami w Kędzierzynie-Koźlu na Śląsku Opolskim. Ma dwóch przyrodnich braci. Na Słowacji od 1985 roku. Jest absolwentką Wydziału Konserwacji Sztuki bratysławskiej Akademii Sztuk Pięknych. Od 2005 roku pracuje w Galerii Sztuki w Nowych Zamkach; specjalizuje się w konserwacji malarstwa sztalugowego.

Pridaj komentár

Vaša e-mailová adresa nebude zverejnená. Vyžadované polia sú označené *