post-title Hanna Banaszak: „Jeżdżę na najwyższych przerzutkach”

Hanna Banaszak: „Jeżdżę na najwyższych przerzutkach”

Hanna Banaszak: „Jeżdżę na najwyższych przerzutkach”

Jako amatorka zadebiutowała w duecie z Piotrem Żurowskim w 1973 r., zaś jako profesjonalna artystka podczas koncertu Młode Talenty na KFPP Opole ’76. Jej domeną są „piosenki z tekstem” i z muzyką w najlepszym gatunku.

Jest wokalistką jazzową, wykonującą z wielką swobodą zarówno piosenki ze światowego repertuaru lat 20. i 30., jak i współczesne. Jej największe przeboje, jak  np. „W moim magicznym domu”, „Żegnaj kotku”, „Pogoda ducha”, „Apetyt na życie”, „Jesienny pan”, zna cała Polska. Hanna Banaszak, bo o niej mowa, zgodziła się na wywiad dla naszego miesięcznika przed swoim koncertem w Wiedniu.


Niektórzy artyści zmieniają się wraz z modą, Pani pozostaje wierna sobie.

Moda nigdy mnie nie interesowała, ważna jest muzyka i treść. I to nawet nie chodzi o to, że powinnam się utożsamiać z tym, o czym śpiewam, ale poprzez słowa piosenek, które wykonuję, chcę wyrażać siebie. Zawsze interesował mnie artystyczny rozwój, dlatego sięgałam po różne gatunki muzyczne. Zdarzało mi się śpiewać jazz, piosenkę literacką, klasykę, zaśpiewałam nawet partię sopranową z „Requiem” Mozarta. Wyznaczam sobie zadania, a nowe wyzwania kształtują sens mojej drogi artystycznej. Lubię to, co jest przede mną, to, czego jeszcze nie odkryłam.


W pewnym momencie zaproponowano Pani międzynarodową karierę, która jednak nie miała happy endu. Czy nie odczuwa Pani pewnego rozczarowania?

Wiele lat temu, tuż po stanie wojennym, kiedy Polska była bardzo znana na świecie z uwagi na wydarzenia polityczne, ktoś wpadł na pomysł, by wybrać polskiego artystę, którego wylansowano by w Japonii, Australii i w Stanach Zjednoczonych. Padło na mnie. Byłam zdziwiona. Zgodziłam się, bo powodowała mną ciekawość. Moim głównym sponsorem stał się pewien japoński samuraj – jeden z najbogatszych ludzi w Japonii. Po mojej wizycie w tym kraju, gdzie goszczono mnie jak megagwiazdę, dowiedziałam się, że ów sponsor został zastrzelony. To oznaczało również, że nie będzie więcej pieniędzy na moją promocję. Ale powiem Pani, że odetchnęłam z ulgą, ponieważ już wtedy wiedziałam, czego na pewno nie chcę, co mi nie odpowiada.


Co Pani nie odpowiadało?

Zasugerowano mi wtedy leciutko, abym trzymała się bardzo kobiecego stylu bycia, była zalotną kobietką, z dużą dozą wdzięku. To jest bardzo fajne – przez lata to także robiłam. Ale robiłam „także”, a nie wyłącznie. Takie próby włożenia mnie w pewne ramy, chęci wykreowania, hamowały mój rozwój. Stąd odetchnęłam, kiedy z zawrotnej kariery międzynarodowej nic nie wyszło, bo, jak podejrzewam, w pewnym momencie postawiłabym weto. Już wtedy byłam zbyt dojrzała na to, żeby dać sobą manipulować.


Ma Pani stabilną pozycję i nie musi Pani niczemu podlegać, ale gdyby Pani zaczynała karierę w dzisiejszych czasach, to myśli Pani, że wyglądałaby podobnie?

Ja niczemu nie podlegam, wręcz buntuję się przeciwko niektórym rzeczom. Gdybym musiała się podporządkować, pewnie wybrałabym inną drogę, może zmienilabym zawód. Jest tyle innych – pięknych…


Na przykład?

Może studiowałabym psychologię, filozofię? Mam też zdolności plastyczne. Sądzę, że młodzi ludzie, którzy zaczynają swoją karierę dziś, mają gorzej.


Dlaczego Pani tak uważa?

Zaczynałam jeszcze w czasach, kiedy stawiało się na wartości. Rozpoczynałam od współpracy z najwartościowszymi artystami mojego czy starszego pokolenia, miałam wspaniałe wzorce. Moje pierwsze piosenki tworzyli Przybora, Wasowski, Młynarski, potem współpracowałam z Jonaszem Koftą itd. Natomiast dzisiaj, kiedy patrzę na młodych ludzi, to serdecznie im współczuję. Kiedyś w telewizji można było obejrzeć coś wartościowego, dzisiaj jest ona zalewana przez bylejakość, a przede wszystkim surogaty. Jest cała masa ludzi, śpiewających według jakichś wzorców, naśladujących swoich idoli. Ale to nie ma nic wspólnego ze sztuką. Sztuka to coś znacznie trudniejszego niż zaśpiewanie nawet tak dobrze, jak ktoś inny. Sztuka to odnalezienie kawałeczka siebie, swojej osobowości, niepodobnej do nikogo i zarażenie tą osobowością publiczności.


W którym momencie Pani odkryła to „coś” w sobie?

Chyba mam to „coś” w sobie od początku, jak twierdzi moja publiczność.


Aby osiągnąć sukces nie wystarczy więc tylko talent?

Co piąta osoba napotkana na ulicy ma głos, słuch i można by ją nauczyć śpiewać, ale to nie na tym polega. Tu chodzi o osobowość, czyli o to, co w świecie artystycznym nazywa się wypełnianiem sobą sceny.


Jak Pani ocenia innych piosenkarzy, wykonujących piosenki z Pani repertuaru?

Kompletnie mnie to nie interesuje.


Ale z pewnością słyszała Pani wersje swoich piosenek w wykonaniu Anny Marii Jopek?

Nie do mnie należy ocena, ale do jej publiczności.


Czy to oznacza, że niechętnie „dzieli się” Pani swoimi piosenkami z innymi?

Nie mam nic przeciwko temu, żeby ludzie śpiewali piosenki, które ja śpiewałam. Jednakże jest coś takiego, że piosenki, które zostały napisane dla mnie przez Jonasza Koftę, to kawałek mojego życia, odzwierciedlenie pewnych relacji. To są pewne opowieści i, co tu dużo mówić, jestem do nich przywiązana, poniekąd jak do swojej własności. Dlatego wykonawcy, którzy zamierzają śpiewać piosenki z czyjegoś repertuaru, powinni mieć na tyle wyczucia, żeby się zwrócić do pierwszych wykonawców z prośbą o zgodę na wykonanie ich utworu. Ta kurtuazja byłaby mile widziana, to należy do etyki zawodowej. Taki rodzaj podziękowania za skorzystanie z połowy cudzego sukcesu. Ja też śpiewałam repertuar innych, ale zawsze pytałam ich o zgodę.


Nikt się do Pani nie zwrócił z taką prośbą?

Ania Jopek nie zapytała o to. Niewątpliwie zgodziłabym się. Pamiętam, że przed laty zatelefonowałam do Kaliny Jędrusik z pytaniem, czy mogę wykonać jej piosenkę. Nie miała nic przeciwko temu, ale pamiętam, że była niezadowolona z paru piosenkarek, które o zgodę nie poprosiły. Mimo wszystko nie przeszkadza mi to talentu Ani cenić.

 

Jak Pani reaguje na krytykę pod swoim adresem, kiedy to zarzuca się Pani sentymentalizm?

Nie ma dla mnie kompletnego znaczenia. Ja tego w ogóle nie czytam. Mnie interesuje rzetelna ocena. Jeśli krytyka – to konstruktywna, z sensowną argumentacją. Nawet, gdyby miała mnie zdruzgotać. Podobnie jest z akceptacją. Jeśli jest powierzchownym komplementem, dziękuję i idę dalej. Dla mnie najważniejsza jest relacja ja – odbiorca. Powierzchowne komplementy są dla mnie zbyt płytkie.


W show bussinesie liczy się sprzedaż płyt, a zatem, by osiągnąć zadowalające efekty, niektórzy bazują na skandalach, aby zainteresować ludzi swoją osobą. Pani chyba nigdy nie uciekała się do takich wybiegów?

Kiedyś ktoś wywołał wokół mnie skandal, puszczając w naród plotkę na mój temat, która nie miała nic wspólnego z prawdą. Z perspektywy czasu widzę, że najrozsądniej było nie reagować, choć sugerowano mi, żebym dementowała te bzdury, udzielając jakiegoś wywiadu. Uznałam jednak, że nie będę się taplać w błocie. Jeśli człowiek nie ma sobie nic do zarzucenia, to po co miałby wdawać się w takie dyskusje? Wszystko to rozeszło się po kościach. Dziś poradziłabym młodym dziewczynom, które mają podobne problemy, żeby zamknęły usta i nie dawały się ponosić emocjom. Odnosząc sukces, zawsze należy się liczyć z tym, że człowiek spotka się z zawiścią, i na to trzeba być odpornym.


Skoro mowa o sukcesie, uważa Pani, że go odniosła?

Myślę, że odniosłam sukces, ale na zupełnie innym gruncie.


Jak to? Niezawodowy?

Trochę kokietuję. Na gruncie zawodowym za największy sukces uważam to, że nie dałam się zwariować temu zawodowi. Sukcesem jest to, że mogę dyktować pewne warunki, że mam szanse się rozwijać, także jako człowiek, w wielu różnych dziedzinach.


Jakie to dziedziny?

Piszę wiersze, fotografuję, projektuję biżuterię, jeżdżę na rowerze, co jest istotnym zajęciem w moim życiu.


Jakie ma Pani marzenia artystyczne?

Od roku przygotowuję płytę, która jest dla mnie dużym wyzwaniem. Idzie mi to jak krew z nosa, ale kiedy ją dokończę, będzie to pewien rodzaj spełnienia, które poprzedza trud.


Czy Pani zawsze wybiera trudniejsze ścieżki?

Przekładając to na język rowerzysty – jeżdżę na najwyższych przerzutkach. Kiedy muszę się natrudzić, wtedy odczuwam przyjemność z jeżdżenia na rowerze. W życiu też sobie utrudniam zadania, ale to pewnie jest związane z moją naturą. Dla mnie ciekawe są zmagania, a nie odcinanie kuponów od czegoś, co wiem, że robić umiem, że bez twórczego wysiłku lekko sobie poradzę.

 

Małgorzata Wojcieszyńska, Wiedeń

Autorka wywiadu składa podziękowanie organizatorce koncertu Hanny Banaszak w Wiedniu pani Marii Buczak za umówienie spotkania z artystką.

MP 1/2007

Pridaj komentár

Vaša e-mailová adresa nebude zverejnená. Vyžadované polia sú označené *