post-title Słowenia – kraj, w którym Bóg pomieścił wszystko. Mnie też?

Słowenia – kraj, w którym Bóg pomieścił wszystko. Mnie też?

Słowenia – kraj, w którym Bóg pomieścił wszystko. Mnie też?

Mieszkam w Słowenii od ponad dziesięciu lat. Bardzo dobrze pamiętam, jak dziesięć lat temu, stojąc na przystanku autobusowym w Lublanie, z ciekawością obserwowałam zasady korzystania ze środków tutejszej komunikacji miejskiej – wsiadamy tylko drzwiami przy kierowcy, pokazując mu bilet miesięczny lub wrzucając do skrzynki żeton czy kilkadziesiąt tolarów. Od tamtej pory sporo się zmieniło – zamiast żetonów są karty magnetyczne Urbana, a obecnie obowiązującą walutą jest euro.

Pierwszy raz przyjechałam do Lublany w październiku 1999 roku z dużym zapałem i zamiarem uczenia Słoweńców języka polskiego. Po rozległej Łodzi, Lublana jako stolica wydała mi się nad wyraz małym miastem, co miało swoje walory, gdyż po pierwsze nie bolała mnie głowa od huku tramwajów i zgiełku wielkiego miasta, po drugie do wielu miejsc można było dotrzeć szybko i na pieszo. Lublana to raj dla rowerzystów – przez całe miasto biegną oznaczone trasy rowerowe, a odpoczynek na łonie natury gwarantuje nawet centrum miasta. W ogromnym parku Tivoli można znaleźć alejki i szlaki turystyczne, przeznaczone dla miłośników spacerów, biegów, jazdy na rowerze, po prostu dla wszystkich, którzy szukają ucieczki od miejskiego zgiełku. Znajdują się tam place zabaw dla dzieci, ogród zoologiczny, skocznie narciarskie. W samym centrum Lublany jest wzgórze zamkowe, na które można wejść pieszo lub dojechać samochodem, pociągiem turystycznym, a od niedawna również kolejką. Na obrzeżach miasta też jest góra (Šmarna gora), często odwiedzana przez mieszkańców stolicy. Słoweńców postrzegam jako ludzi lubiących ruch na świeżym powietrzu. Często spotykam osoby w różnym wieku, spacerujące z kijkami, jeżdżące na rowerach, uprawiające biegi, dbające o zdrowie i dobre samopoczucie. Mimo wielu zajęć Słoweńcy umieją dbać o siebie i znajdują na to czas.

Mój przyjazd do Słowenii poprzedzony był intensywnym kursem języka słoweńskiego w Polsce. Po przyjeździe do Lublany miałam jednak wątpliwości, czy aby na pewno uczyłam się języka słoweńskiego. Zarówno młodsze, jak i starsze pokolenie Słoweńców w języku mówionym używa wielu germanizmów. I tak np. Słoweńcy codziennie kupują *cajtung, nie časopis (‚gazeta‘), noszą *rukzak, a nie nahrbtnik (‚plecak‘), na dworcu kolejowym czekają częściej na *cug niż vlak (‚pociąg‘). Musiałam więc poszerzyć swoją znajomość języka również o to słownictwo. Nie przyzwyczaiłam się do nieoficjalnych zachowań w sytuacjach oficjalnych. Pozdrowienia typu: živijo, adijo, a więc ‚cześć‘ są tutaj dość częste np. w sklepach, urzędach, bankach, na uczelni. Jest to sprzeczne z ogólnie przyjętą opinią, że Słoweńcy są z natury narodem zamkniętym w sobie.

Mój pobyt w Słowenii miał być pobytem czasowym, najwyżej czteroletnim, ale losy potoczyły się inaczej. Po wielu latach trudów i starań na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu w Lublanie udało nam się otworzyć polonistykę (do tego czasu języka polskiego nauczano tu w ramach lektoratu), a mnie właśnie kończył się mandat lektorski, i wyszłam za mąż. Miałam więc wybór: powrót do Polski, pozostanie w Słowenii lub nowy początek w Bośni – kraju, z którego pochodzi mój mąż. Gdy tak zastanawiałam się, co mam robić, mój szef i moi koledzy się nie wahali. Dla nich oczywistością było to, że zostaję. I pewnie to ich przekonanie, obok mojej satysfakcji z pracy, w dużym stopniu pomogło mi w podjęciu życiowej decyzji. Zostałam.

Tęsknię za Polską, ale nie brakuje mi jej tak bardzo, gdyż mam ją na co dzień zarówno w pracy, jak i w domu. Mąż jest zauroczony Polską, wobec czego chętnie odwiedzamy ją razem, jak tylko pozwala nam na to czas. Ja ponadto bywam w Polsce często służbowo, na różnych konferencjach. Czekam, aż syn trochę podrośnie, by móc jeździć tam z nim i pokazać mu uroki i tej jego ojczyzny.

Czuję się rozdarta między dwoma kulturami. Słoweńców zachęcam do odwiedzania Polski, Polaków do wizyt w Słowenii, którą bez wątpienia warto zwiedzić, w której na niewielkim obszarze można znaleźć naprawdę wszystko. Dobrze utrzymane autostrady w ciągu godziny pozwalają dotrzeć z Lublany do wszystkich zakątków tego malutkiego państwa – do morza, wysokich Alp, przepięknych jezior, zamków, winnic, wodospadów, jaskiń, cieplic, lasów…

Czy jest to już mój stały ląd? Być może.

Maria Wtorkowska, Słowenia

MP 3/2010

Pridaj komentár

Vaša e-mailová adresa nebude zverejnená. Vyžadované polia sú označené *